Pierwsze, co zarejestrowałam wchodząc do podziemia to przyjemny
chłód. To była duża odmiana, ponieważ w Talarii nawet noce były ciepłe.
Przekonałam się potem, iż dalej idzie się tunelami tym robiło się zimniej.
Kryjówka Talarian była bardziej rozbudowana niż sądziłam.
Nie była to nora, z mchem na ścianie i przeciekającym dachem – tylko luksusowy
podziemny pałac. Wszystkie ściany i podłogi obłożone były szlifowanymi deskami.
W powietrzu unosił się zapach drewna i ziemi z kurzem. Choć panował tu chłód,
zważywszy na to, że cała „baza” znajduje się pod ziemią, otoczenie urządzone
było w taki sposób by dawać wrażenie ciepłego salonu. Do pierwszego
pomieszczenia zeszliśmy po krótkich drewnianych schodkach. Było okrągłe i
oświetlone pięcioma pochodniami. Gdzieniegdzie leżały pufy, a koło korytarza
wisiał sznur.
Siedziało tam trzech
strażników. Dwóch z nich na mój widok podniosło się z puf z uśmiechem na
twarzach. Rozpoznałam ich – Asal i Ignacio (nigdy nie poznałam ich nazwisk, bo
zawsze mówili mi tylko „Błyskawica i Grzmot”) - najlepsi przyjaciele Nialla, z
dzieciństwa.
Właściwie niczym się prawie nie różnili. Obaj mieli czarne
włosy, bladą skórę i obaj zawsze robili to samo w tym samym czasie, a nawet,
kiedy nie zachowywali się jak jedna osoba, dokańczali się nawzajem. Odróżnić
ich można było tylko jednym sposobem – oczami. Asal miał szare, a Ignacio –
bursztynowe. Odkąd pamiętam zawsze robiłam sobie z nich żarty razem z Kevinem.
Kiedyś ścigaliśmy się w piątkę – Niall, Kevin, bracia bliźniacy i ja - po
mieście śmiejąc i nabijając ze zdziwionych i zdenerwowanych min ludzi. Asal i
Ignacio zawsze robili najlepsze kawały. Deril zbytnio za nimi nie przepadał. Wolał
unikać tej dwójki. Chyba nie mógł przeboleć, że ktoś oprócz niego potrafi robić
tak świetne żarty.
- Witaj z powrotem, droga koleżanko! – Rzucili razem bracia.
Od razu się uśmiechnęłam.
- A wy jak zawsze tacy sami – podaliśmy sobie ręce. Wtedy
zauważyli Jeva.
- Któż to tam się chowa za twoim bratem? – Spytał zadziornie
Asal.
- Czyżby to był twój rycerz? – Dodał Ignacio.
- Gdzie zgubiłeś białego rumaka? – Zażartował Asal.
- Pewnie panienka Sofie go wystraszyła – dokończył Ignacio.
Do tej pory się śmiałam. Teraz byłam poirytowana. Za to oni
pękali z dumy ze swoich żartów.
- Bardzo śmieszne. To jest Jev Mariano. Jeden z poddowódców.
Wtedy trzeci strażnik podniósł się z pufy, tak jak wszyscy
śmiejąc się jeszcze z żartów braci bliźniaków. Nie znałam go. Był wysoki,
szczupły, opalony, a jego oczy błyszczały przyjaznym i pociągającym błękitem.
Brązowe włosy miał nierówno przycięte, ale podkreślały mięśnie szczęki. Nasze
spojrzenia spotkały się w tym samym momencie, kiedy wyszedł z cienia pochodni.
W przedsionku zapadła dziwna cisza, przerywana jedynie odgłosem naszych
oddechów. Jego nadejście przywołało napięcie przypominające rozciąganie
powietrza – było to zarazem niemożliwe i możliwe, ponieważ było prawie
namacalne. Zamrugałam, na co on potrząsnął brązowymi włosami odgarniając je z
oczu.
- Sofie, to Luke Oddet, Luke, to Sofie – przedstawił nas
sobie Kevin. Dziwne, że nie przedstawił go Jevowi. W powietrzu zastygło
napięcie.
Jev stanął przede mną rozładowując je. Cała ta scena musiała
być trochę dziwna.
- Ciebie skądś znam – Luke przekręcił głowę na bok i ocenił
go. Zdaje się czy zamierzali się bić?
Na szczęście Jev był mądrzejszy niż mi się zdawało i po
grzecznym przedstawieniu się zszedł mu z drogi. Przy okazji zauważyłam, że Luke
jest wyższy od Jeva o głowę. I ode mnie.
- Witam – podałam mu rękę, a on ją uścisnął i szepnął mi do
ucha:
- Twój chłopak jest chyba trochę zazdrosny – spojrzałam na
Luka i jego łobuzerski uśmiech. A potem na Jeva. Miał zaczerwieniony kark. Na
moje poliki też wstąpiły rumieńce. Trochę zaskoczyło mnie, że jest zły.
- To nie mój chłopak – bąknęłam. On robił sobie ze mnie
żarty. – Yy… Kevin może oprowadzisz nas po kryjówce, co? – Podrapałam się po
karku zawstydzona.
- Tak, chodźmy – przytaknął Jev.
Kevin oprowadzał mnie po bazie bardzo sprawnie. Nie
zadawałam pytań, bo musiałam znać cały rozkład dokładnie. Chodź przez pierwsze
dziesięć par drzwi nie mogłam odpędzić od siebie tego dziwnego napięcia, które
stało się namacalne, kiedy tylko Luke wstał z pufy. Nie musiałam patrzeć żeby
wiedzieć, że Jev ma tak samo. Jednak nie miałam okazji się mu przyjrzeć, bo
skręcił w jedne z licznych drzwi.
Korytarze były wyłożone brązowym drewnem. Kiedy mijaliśmy
je, ciemne słoje zlewały się w jedną plamę. Pochodnie usytuowane co kilka
metrów po obu naszych stronach rzucały cienie na ściany korytarza. Poruszanie
się nimi było trudniejsze niż zdawało mi się na początku. Czułam się jak w
labiryncie drewna, światła i ziemi pod nogami. Spojrzałam na Kevina. Po kolei
opowiadał o pomieszczeniach, których drzwi wyglądały bardzo podobnie. W pewnym
momencie doszliśmy do rozwidlenia.
- W którą stronę idziemy teraz? – szepnęłam. Cisza
zalegająca wszędzie sprawiała, że dzwoniło mi w uszach. Było to dla mnie
całkowitą nowością zważając na to, iż wychowałam się w mieście, pośród
nawołujących do kupna krzyków, tupotu końskich kopyt, zgrzytu wozów. Teraz
słyszałam tylko nasze oddechy i echo głosu pomieszanego z odgłosem naszych
skórzanych butów.
Kevin jak zawsze był poważny i w tej chwili przypominał miedziany
posąg. Tyle, że było słychać jak oddycha. Wskazał palcem wskazującym lewy
korytarz.
- W tym korytarzu śpi armia. Tam wszyscy mają pokoje. Każdy
ma swój numerek i dopasowany do niego klucz, którego musi pilnować. Chyba, że
umie otwierać drzwi zamknięte na klucz, bez klucza – wzruszył ramionami z
lekkim uśmiechem i zerknął na moją zmęczoną twarz. Spojrzał na korytarz z
prawej. – A tu jest zbrojownia, Sala Treningowa i łaźnia.
Popatrzyłam na niego zdumiona.
- Macie łaźnie?
- To właściwie nie łaźnia tylko pomieszczenie, w którym jest
mnóstwo wanien – uśmiechnął się zadziornie i ruszył w kierunku, z którego
właśnie przyszliśmy. Po chwili spojrzał na mnie. Wciąż stałam i wpatrywałam się
zdziwiona w korytarz po prawej.
- Jak… Znaczy, co robicie z tą całą wodą…? – na moją twarz
wylał się różany rumieniec.
Kevin uśmiechnął się szeroko i zaśmiał.
- O to się nie martw.
Kiwnęłam głową.
- Idziesz? – zniecierpliwił się Kevin po chwili. I to była
właśnie jego najdziwniejsza cecha. Od kiedy pamiętam zawsze szybko się
denerwował i wybuchał. To było dziwne, ale wszyscy, nawet, zdaje się Jev, byli
do tego przyzwyczajeni. Oczywiście, gdy chodziło o poważne sprawy starał się
opanować, lecz kiedy chodziło o jakąś drobnostkę spinał się i mruczał pod
nosem.
Wracając korytarzami powtarzałam sobie rozkład. Akurat,
kiedy skończyłam znaleźliśmy się w wielkim pomieszczeniu, które służyło za
stołówkę, na której nie było prawie wcale ludzi. Jedynie około dziesięciu
członków armii. Siedzieli przy dwóch długich stołach na ciągnącej się wzdłuż
niego ławą. A gdzie była reszta? – zastanawiałam się. Przypominając sobie
rozkład mogłam jednak się domyślić, że niktórzy śpią, inni ćwiczą, jeszcze inni
korzystają z tej „łaźni” (czymkolwiek to na prawdę było), lub siedzieli w
browarni. Kiedy obok nich przechodził Kevin na ich twarzach pojawiał się
szacunek. Zapach drewna mieszał się z zapachem solonego jedzenia.
Na końcu Sali weszliśmy za drzwi kuchenne. Pokój był mały,
sufit nisko osadzony. W jednym kącie nawet wystawał z niego korzeń. Chyba było
to jedyne pomieszczenie niewyłożone drewnem. Za to w czarną ziemię na ścianie i podłodze
wepchnięto białe kafle. Kontrast był bardzo widoczny. Były tu tylko trzy szafki
stojące jedna na drugiej pod ścianą. Dalej widać było mniejsze drzwi może
trochę wyższe ode mnie. A ja nie byłam zbyt wysoka. Oprócz szafek stał tu
okrągły stół, a wokół niego 10 krzeseł. Wszystkie te meble wykonane były z
drewna.
Jev już tam był i zapalał świece. Postawił jedną na stole a
drugą na szafkach, co trochę rozświetliło pomieszczenie. Usiedliśmy przy stole,
od razu poczułam zmęczenie w mięśniach. Zapadłam się w krześle, jak gdyby było
super-wygodnym łóżkiem. Ziewnęłam i z trudem otworzyłam oczy.
Po mojej lewej siedział Jev coś jedząc. Chyba kiełbasę…
Naprzeciwko oparty o kamienną ścianę stał Kevin. Nie wiedziałam jego wyrazu
twarzy, ponieważ ukrył ją w cieniu świecy. Nie mogłam już dłużej znieść tej
ciszy. Postanowiłam przerwać ją zadając pytania.
- Gdzie Deril? – Zaczęłam od najprostszego.
- Dopiero skończył wartę. Pewnie śpi – Kevin nadal stał z
założonymi rękami. Zdawało mi się czy też był zmęczony? Z tego, co opowiadał mi
podczas oprowadzania wynika, że każdy, kto tu mieszka codziennie ćwiczy lub
stoi na warcie – to wszystko jest rozpisane przez moich braci i paru innych
głównych oficerów. Jak widać on też miał męczący dzień.
- To przezorność czy wiedzieliście o przeciekach? – Dobrze
wiedział, że chodzi mi o zdradzę jego przyjaciela. Skoro on zdradził pewnie
znajdą się także inni.
- I jedno, i drugie.
- Wiem, co jest tym przeciekiem – do rozmowy włączył się
Jev. Pachniało od niego kiełbasą, którą właśnie ze smakiem pochłonął. Jednak
widziałam, że on również poszedłby spać. – Właściwie to chyba było. Zdaje mi
się, że to Victor, przyjaciel Derila.
Kevin zmarszczył brwi.
- Tak o nim wiem – wymruczał. – Ale Deril nie chce mi
uwierzyć… Chwila, dlaczego „był”? – spytał nagle. Zaczerwieniłam się.
- Musiałam to zrobić – wyszeptałam, ze wzrokiem wbitym w
kant stołu. Z nerwów zaczęłam obrywać drzazgi i je łamać na pół. – Dowiedział
się o naszych tunelach – tu spojrzałam na Jeva, z przymrużonymi powiekami.
Teraz to on odwrócił wzrok.
Kevin nadal nie wiedział, o co chodzi. Z uniesionymi brwiami
przenosił wzrok z mojej twarzy na twarz Jeva.
- Skąd wiedział o tunelach?
- To moja wina – przyznał mój kompan. – Powiedziałem, że
ukrywacie się w innym bunkrze. Powiedziała, że wie o podbiciu schronów przez
Arkanów i musi się stąd wydostać by was o tym powiadomić. Wymknęła się. Ja jej
pomogłem przyciągając uwagę i powiedziałem Victorowi o tunelach żeby wyjść za
Sofie. Pomyślałem, że skoro jest przyjacielem Derila to nam pomoże. A on wziął
obstawę i polazł za nami. Nie wiem czy nie powiedział innym… przepraszam was za
to.
Dostał słowotoku. Aż mnie zadziwił. Nie ilością, ale
szybkością. Nigdy nie widziałam człowieka, który na jednym wdechu powiedziałby
aż pięć słów. Chyba bolała go głowa, bo pokręcił nią parę razy. Zmęczenie od
razu mnie opuściło.
Kevin wyglądał trochę na rozbawionego, ale przede wszystkim
był wściekły. Podczas gdy Jev się tłumaczył patrzyłam na mojego brata z
zaciekawieniem. Jego mina z sekundy na sekundę zmieniła wyraz. Najpierw był
zdumiony i zamyślony. Zbladł, wytrzeszczył oczy. A potem na jego twarz wróciły
kolory wraz z napięciem w szczęce. Chyba nieświadomie podchodził powoli do
Jeva, zaciskając pięści. Dobra postraszyłam go, trzeba jednak to zakończyć,
inaczej wojsko zaraz straci kuchnię. W ostatnim momencie złapałam mojego brata
za rękę. Jego pięść prawie dotknęła nosa Jeva.
- Spokojnie, Kevin. Wypytałam się go, ile wie. A potem… -
przerwałam, bo do kuchni właśnie wszedł Deril. Stanął w drzwiach zdębiały.
- Sofie? – Tylko tyle udało mu się wyjąkać. Jego brązowe
włosy były w nieładzie, co było normalne, niebieskie, szeroko otwarte oczy, a
na jego ekwipunek składała się głównie ogromna szabla. Najwyraźniej nie
zauważył ani Jeva ani pięści Kevina tuż przy jego nosie.
Pobiegłam do niego, zapominając o naszym sporze, i
przytuliłam. Objął mnie i nie puszczając spytał.
- Kevin, ty też ją widzisz prawda? Bo chyba mam jakieś
zwidy. Wydawało mi się, iż ktoś mówił coś o zdradzie mojego przyjaciela. Co,
oczywiście, nie mogłoby by być prawdą – zapewne posłał bratu spojrzenie spod przymrużonych
powiek.
Zarumieniłam się. Znowu. Dodatkowo zaczęły mi się pocić
dłonie. Gdyby nie to byłabym świetnym kłamcą.
- Puścisz mnie już, maleńka? – Mój brat zawsze podchodził do
wszystkiego na luzie i prezentował swoje muskuły. Przeszedł przez pokój i
sięgnął do spiżarni. W tym czasie dawaliśmy sobie w trójkę nieme znaki: Kevin
przekazał Jevowi i mi „Nie mówcie mu, bo nie żyjecie”, a ja „Nie mówcie mu, że
zabiłam jego najlepszego przyjaciela”, za to Jev tylko kiwał głową. Deril odwrócił
się do nas przodem i wszyscy zasiedliśmy do stołu. Opowiedziałam, Derilowi tę
samą historię, bez paru szczegółów. Potem zaczęłam pytać się dalej.
- Gdzie ojciec? I Niall?
- Spokojnie. – Teraz to Kevin musiał uspokajać mnie. – Są
tutaj. Prawdopodobnie trenują.
- Szkolą się do armii? – spytałam zaskoczona.
- Żebyś widziała, jaki ojciec jest dobry! Jak na swoje lata
– zaśmiał się Deril.
Spojrzeliśmy się na niego spode łba.
- Nie w głowie mi teraz żarty, Deril – powiedziałam.
Zwróciłam się do Kevina. Może kochałam mojego brata, ale nie miałam nastroju na
kawały. – Ilu was jest?
- Zaledwie parę setek, ale…
-Ale to się zmieni – przerwali mu Jev i Deril. Uśmiechnęli
się do siebie groźnie jak gdyby zamierzali właśnie wyjąć swoje sztylety i
powybijać całą armię Arkanów na raz.
- A co z jedzeniem? Skąd je bierzecie?
- Arkanie nie zapuścili się aż tak daleko w las. Dlatego nie
odkryli naszej kryjówki i dlatego nasze wielkie pola w środku lasu nie zostały
odkryte.
- Idioci – mruknął pod nosem Deril.
Zignorowaliśmy go.
- Takie małe pytanie. Dlaczego musiałam gnić w tej pułapce,
podczas gdy wy siedzieliście sobie tutaj i mieliście wszystkiego pod
dostatkiem?!
- Sofie. Usiądź – rozkazał Kevin. Stałam i rękami upierałam
się o stół nad głową Kevina, ze wściekłością w oczach. Może odrobinkę przesadziłam.
Zrobiło mi się wstyd. Posłuchałam go i rozejrzałam się po wszystkich trzech
twarzach.
Jev był trochę wystraszony, trochę rozbawiony i zszokowany.
Podobne uczucia miotały Derilem, ale Kevin był skoncentrowany i opanowany.
- Nie zostawiliśmy cię tam żeby zrobić ci na złość –
tłumaczył Kevin – tylko żeby wiedzieć czy nas przejęli. Dałabyś radę pięciu
kowalom, a co dopiero wychudzonym Arkanom. Jesteś sprytna i wiedzieliśmy, iż
szybko ich rozgryziesz. Tylko zapomnieliśmy, że wysłaliśmy też Jeva – schował
głowę w dłoniach.
- Coś mnie ominęło? – Spytał zdezorientowany Deril.
- Mieliśmy mały poślizg, nic takiego – machnęłam ponownie
spoconą ręką.
Deril kiwnął głową.
- Czy tata, mama i Niall też wiedzieli o tej kryjówce?
Moi bracia szybko wymienili spojrzenia. Kevin się zawahał.
- Tak.
W moim żołądku zrodził się ogień, który rozprzestrzenił się
po całym ciele jak krew w żyłach. Zacisnęłam dłonie na stole, aż zbielały mi
palce.
- Czyli wychodzi na to, że tylko ja nie wiedziałam? – Głos
podskoczył mi o oktawę. To nie było fair. Chodź wiedziałam, że to było dla
ochrony armii w tym momencie wściekłam się nie na żarty. Ogień w moim ciele
spalił moje poczucie winy i wstyd.
Kevin patrzył na mnie skupiony.
- Powinnaś zrozumieć, że… - zaczął ale nie dałam mu
skończyć. Wszystkie skumulowane emocje dnia uwolniła złość. Cóż, taka już byłam
– wybuchowa. Może gdybym się uspokoiła wyrzuty sumienia wróciłyby, lecz na ten
moment mogłabym rzec, że nie wiem co to.
- Uważasz, że jestem głupia?! – Odeszłam kawałek od stołu.
Czułam jak przez zdrętwiałe palce przepływa mi krew. Zignorowałam to i
zacisnęłam dłonie w pięści. – Co by się stało gdybyście mi powiedzieli?
Przecież by zrozumiała.
- W końcu byś się zorientowała, że Arkanie przejęli
kryjówkę. Uciekłabyś i wyjechała. Obiecaliśmy matce, że do niej pojedziesz. Tak
ustaliliśmy… - uciął widząc moją twarz. Tak się o nich martwiłam. Siedziałam
tam i bałam, że stało się coś złego, a tymczasem oni uknuli “spisek” przeciwko
mnie. Miałam ochotę rozbić stół kantem dłoni.
- Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję ochrony – zaczęłam
ściszać głos. - Potrafię walczyć, Kevin. Moje miejsce jest tutaj.
Powiedzieliście mi, że przyjdziecie – odwróciłam wzrok. – Czekałabym na was.
Chcieliście, żebym myślała, iż nie żyjecie?
Rozejrzawszy się z gniewnym i rozżalonym wyrazem twarzy,
kątem oka zauważyłam, że w pomieszczeniu nie ma Jeva. Musiał wyjść, gdy
zorientował się, że to już nie jest objaśnianie. Właściwie to też nie miałam
ochoty dłużej prowadzić tej kłótni.
- Sofie… - zaczął Kevin, ale już zatrzasnęłam drzwi do
kuchni i nie słyszałam, co do mnie mówił. Albo raczej chciał powiedzieć.