Wyszłam szybko na korytarz. Przy tym tempie deski wbite po
obu stronach korytarza zlewały się w jedno. Nie do końca świadomie szłam do
Sali Treningowej. Gdy tam weszłam postanowiłam poszukać ojca i Nialla. Kevin
mówił, że gdzieś tu są. Muszę ich tylko znaleźć.
Nie zabrało mi to dużo czasu – ludzie byli ustawieni w
okręgu krzyczeli i gwizdali, spoceni ale czymś podnieceni. Machali rękami,
wzrok utkwiony mieli gdzieś w środku zamieszania.
Przepchnęłam się przez tłum na sam środek. Było to trochę
trudne ze względu na to, że cokolwiek tam się działo, pochłaniało ich uwagę i
parę razy oberwałam w różne miejsca. Kiedy na reszcie przepchnęłam się do
środka, byłam cała obolała, jednak na moją twarz wstąpił szeroki uśmiech, a
moja złość uleciała, jak gdyby ktoś ją przejął ode mnie.
Tata i Niall stali pochyleni i skupieni na sobie z mieczami
wyciągniętymi na długość ramienia. Jak widać już długo walczyli, ponieważ obaj
dyszeli ze zmęczenia, a na ich czołach widać było pot. Śmiali się wymachując
mieczami z drewna.
Ojciec był wysoki i umięśniony jak na kowala przystało.
Wyglądał bardzo przystojnie z niebieskimi, troskliwymi oczami, (które
odziedziczyli po nim Deril i Niall) jasnymi, siwiejącymi włosami, oraz opaloną
skórą. Nie przypominał wyglądem mięśniaka, lecz troskliwego, uczciwego
człowieka. Jedyna zmianą, jaką zauważyłam był strój. Był ubrany jak żołnierz:
ciemna, wełniana koszula, gruba także ciemna marynarka oraz spodnie z tego
samego materiału. Na biodrach zawiesił pas na miecze i noże.
Niall, chodź najmłodszy z naszej czwórki, był najwyższy.
Jego wygląd pasował do zawodu: szczurza twarz, ciemne włosy z blond pasemkami
tu i ówdzie oraz jasne, błyskotliwe oczy. Jego ubranie było podobne do odzienia
ojca (i całej armii), tyle, że był strasznie chudy i wygimnastykowany, więc
kiedy stał obok taty wyglądał dziwnie.
Zaczęłam się śmiać
żeby „dyskretnie” zwrócić ich uwagę. Pierwszy zauważył mnie Niall. Splotłam
ręce na piersi i przekrzywiłam swój uśmiech na lewą stronę. Zamurowało go to i
ojciec wymierzył drewnianym mieczem w jego brzuch. Niall jęknął zaskoczony i
padł na plecy. Wśród tłumu rozszedł się ryk, a na twarzy taty zagościł szeroki,
zadowolony uśmiech. Pomógł wstać nadal skołowanemu synowi, który wciąż
wpatrywał się we mnie. Tłum powoli się rozchodził.
Postanowiłam podejść do taty i brata. Niall ogarnął się z szoku
i wskazał na mnie. Ojciec podążył za jego wzrokiem. Tak jak on skamieniał na
mój widok. Podbiegł do mnie i zamknął w niedźwiedzim uścisku.
- Sofie, kochana! Tak się cieszę, że cię widzę! – ryknął.
Ścisnął mnie jeszcze mocniej i odciął dopływ powietrza do płuc.
- Ddd…uu… - spróbowałam mu to wyjaśnić. Ale on tylko ściskał
mnie i ściskał.
- Ta… jaa… s… du…du… - próbowałam podnieść głos. Niestety
ojciec coraz głośniej cieszył się, że nic mi nie jest i mówił, jaki jest
szczęśliwy, że nic mi się nie stało. Do oczu napływały mi łzy i coś, co
wyglądało jak czarny śnieg. Dziwne, że ojciec jeszcze się nie zorientował.
Do akcji wkroczyli Jev i Niall. Tego pierwszego w ogóle nie
zauważyłam. Byłam skupiona na zwracaniu na siebie uwagi. Tłum już się rozszedł
zostali tylko mój brat i niedawno poznany mężczyzna. Byli bardzo rozbawieni.
- Joseph, puść ją wreszcie. Całą twarz ma siną – Jev śmiał
się przy tym. Gdybym mogła oddychać zmyłabym mu ten śmiech z ust. Ale i tak
byłam mu wdzięczna.
Ojciec w końcu mnie puścił. Przez niedotlenienie przed
oczami na przemian pojawiały się i znikały czarne plamki. Usiadłam, a raczej
upadłam na podłogę i włożyłam głowę między kolana. Łapałam przy tym hausty
powietrza.
Tata, Niall i Jev pochylali się nade mną, zaniepokojeni. Ale
w głosie Jeva słyszałam nutkę rozbawienia.
Nie wiem czy Joseph ją zauważył. Gestem (nie podnosząc głowy) kazałam
Jevowi żeby nie komentował. Jak widać już przeszły mu wyrzuty sumienia.
- Kochana, dobrze się czujesz? – Ojciec jak zawsze był
troskliwy i nie zrażał się błędami. Nie oczekiwałam przeprosin. Nie lubiłam
tego. Każdy popełnia błędy. Nie lubię, gdy później jakby wybudzają się z
koszmaru, klękają, przepraszają godzinami i odchodzą. Kiedy ktoś szczerze
żałuje stara się coś zrobić w zamian. Poza tym nie nawiedzę, kiedy „łaskawie
coś się zrobi”. Zwłaszcza, jeśli są to przeprosiny. Ojciec o tym wiedział – w
końcu nauczył mnie tego.
Wolno kiwnęłam głową nadal trzymając ją między kolanami, ale
oddech już mi się prawie ustabilizował. Mroczki także nie napływały już na moje
oczy falą czerni.
- A myślałem, że to Arkanie wykończą twoją córkę, Joseph –
Jev nie mógł się powstrzymać.
- A wiesz, że ja też? – zgodził się z nim Niall. – Widzę, że
jest już z tobą lepiej. Idę, bo muszę coś zrobić. Zobaczymy się później - odwrócił się i wyszedł. Ha, dobry wykręt.
Nie musi teraz z nami siedzieć. Szkoda, że ja nie potrafiłam tak kłamać.
Ojciec pochylił się niżej. Czułam jego oddech na twarzy,
pachniał metalem, skórą i potem. Wstałam troszkę się chwiejąc.
- Już mi lepiej. Miło cię znowu widzieć – objęłam go nadal
trochę słaba i z bladym uśmiechem.
Odsunął mnie na odległość ramienia. Chciał coś powiedzieć,
ale go uprzedziłam.
- Miałeś jakieś wiadomości od mamy?
Zmarszczył brwi.
- Chciałem właśnie zapytać o to samo.
- Jak myślisz gdzie ona jest?
- Ostatnia wiadomość dotarła z Sanadet. Może… - wahał się.
Spojrzał na Jeva. Tamten stukał palcami
o brodę udając, że nie jest zainteresowany. – Może wiadomość jeszcze nie
dotarła. Wiadomo, że Sanadet nie leży blisko Talarii.
Pokręciłam głową. Nie byłam taka przekonana do tego.
- Mogę zobaczyć ten list? – Spytałam z wzrokiem wbitym w
ścianę, na której wisiały bronie do ćwiczeń. Od malutkich sztyletów po ogromne
topory. Sala Treningowa była chyba największą ze wszystkich zaraz po Stołówce.
Tak jak w całej kryjówce i tu unosił się zapach drewna. Przez to, że chyba non
stop ćwiczyli tu członkowie armii czuć było w Sali także pot. Sufit, przez to,
iż byliśmy pod ziemią, był jak wszędzie nisko osadzony. Słychać było głuche
stukanie drewna oraz jęki ćwiczących. Nie było ich dużo. Ledwo około
pięćdziesięciu.
Dziwne, że ludzie się na mnie nie gapili. Widać już poznali
Josepha na tyle żeby zrozumieć, że czasami nie panuje nad sobą.
- Oczywiście. – Ojciec ruszył do wyjścia.
Chyba wszystkie pokoje wyglądały tak samo – nisko osadzony
sufit, gruby materac wypełniony słomą, komoda oraz szafa na ubrania. Ściany i
podłoga wyłożone drewnem. Unosił się tu zapach drzewa i potu. Pewnie mój pokój
będzie wyglądał tak samo, pomyślałam. Usiadłam na materacu. Zmęczenie wróciło
pełną falą tym razem jeszcze większe niż wcześniej. Miałam ochotę położyć się
na boku, zamknąć oczy i zasnąć. Powstrzymałam chęć jęknięcia i rzucenia się na
pościel.
Tym czasem Joseph chodził po pomieszczeniu zaglądając do
komody i szafy. Mruczał coś o tym, że powinien zatrudnić sprzątaczkę. Nie mógł
znaleźć listu, zorientowałam się z rozbawieniem. Teraz już wyrzucał rzeczy
garściami z komody. Spojrzałam w dół i dostrzegłam, że coś białego wystaje z
pod materaca. Zmarszczywszy brwi wyciągnęłam z pod niego kartkę papieru.
Zaczęłam czytać.
Kochani:
Zatrzymałam się w Sanadet. To bardzo ładne miasto, w dodatku ludzie są bardzo uprzejmi. Zostanę tutaj trochę dłużej.
Mieszkam w domostwie u pewnej Kaeli. Pomagam jej w pracy. Muszę trochę zarobić,
ponieważ oszczędności, które dostałam
od was, już mi nie starczą. Mam nadzieję, iż posłaniec
szybko przyniesie mi odpowiedź.
Gorąco pozdrawiam:
Carolin
Mimo, iż list był krótki i rzeczowy zachciało mi się płakać.
Powstrzymałam łzy. Przed oczami stanęła mi twarz matki: ciemne włosy tworzące
wokół jej twarzy aureolę, głęboko osadzone, wszystko wiedzące czekoladowe oczy,
najczerwieńsze usta, jakie świat widział, twarz w kształcie serca, dumna
postawa…
- Znalazłaś list? Już myślałem, że go zgubiłem – głos ojca
dochodził jakby z oddali. Zamknęłam oczy, ale pod powiekami nadal widziałam
twarz matki. Jej spojrzenie było takie ciepłe. Zawsze obdarowywała mnie taką
miną, kiedy udawało mi się coś osiągnąć, taki dumny wyraz. Nagle pod powiekami
jak latarnie zaświeciły mi piękne zielone oczy. Czułam się jakbym tonęła pod
wpływem znajomych twarzy Jeva i matki. Słyszałam głos taty, wołał mnie, stojąc
nad zieloną wodą. Boi się zanurzyć, przeszło mi przez myśl. A potem ta woda
pochłonęła mnie falą ciemności i nie pozwoliła się wynurzyć.
We śnie znowu stałam w lesie. Płakałam. Łzy, kapiące na
list, który czytałam, wypalały kartkę. Padłam na kolana. W tym momencie zza
drzew podbiegł do mnie Jev. Miał na sobie wyjściowy smoking, a ja dopiero teraz
zorientowałam się, że wyglądam cudownie w upiętych jasnych włosach i bufiastej,
szerokiej, kolorowej sukni z dekoltem. Pewnie wyglądałabym jeszcze lepiej gdym
nie była czerwona od płaczu. Ale w tej chwili mnie to nie obchodziło.
Widząc biegnącego w moim kierunku Jeva, zebrałam się w sobie
i z trudem wstałam.
- Wszystko w porządku? – spytał łagodnym szeptem, który
brzmiał jak kołysanka.
- Teraz tak – chciałam podejść do niego, objąć, pocałować,
zabrać tam gdzie nikt nie będzie się patrzeć. Ale nie mogłam. Gdy do niego
ruszyłam - stał bardzo blisko, zaledwie trzy, cztery kroki – wydawało mi się,
iż utknęłam w zaschniętym betonie. Uwolnić mnie mógł tylko Jev. Podchodził do
mnie, bardzo powoli. Stał przede mną, a ja targana pragnieniem by wziął mnie w
ramiona zaczynałam czuć ból. Wtedy Jev złapał mnie za ramiona i przyciągnął.
Serce chciało wyrwać mi się z piersi, gdy patrzyłam w jego zielone oczy,
odbijające moją twarz jak czarne lustro. Jev, Jev, Jev. Jego wiecznie mokre
rubinowe oczy. Kości policzkowe podkreślone cieniami rzuconymi przez długie
rzęsy. Lekko rozchylone wargi. Przywarł nimi do moich ust…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz