Nareszcie! Oczekiwałam tych słów dwie godziny! Uśmiechnęłam
się z wypisaną ulgą na twarzy.
- Dzięki! – rzuciłam jeszcze na pożegnanie do Kevina.
Zatrzymały mnie jednak głosy ludzi, ale byłam już za drzwiami,
podsłuchiwałam więc tylko. Najwidoczniej otrząsnęli się już z szoku.
- Wiesz kto to jest, dowódco?! – Zawołał ktoś. Dołączył do
niego inny głos.
- Phi. Jak jego ojciec wiedział, to on pewnie też.
- Możecie jaśniej? – Domagał się wyjaśnień Kevin.
- Wiatr Veroniki! – Wrzasnęło kilka osób.
- Dziwi was, że jest kobietą, czy że tu jest? – Ciągnął w
rozbawieniu mój brat.
- Ty wiedziałeś, generale? – Spytał go jakiś jego przyjaciel.
- Jak mogłem nie wiedzieć? To – niech tego nie mówi, niech
tego nie mówi! – moja siostra.
Niech to szlag! Powiedział. Słyszałam tupot stóp, wiedziałam
więc, że zaraz zaczną mnie szukać.
Pobiegłam jak
najprędzej do przedsionka, wymijając zdziwionych ludzi. Kiedy dotarłam tam,
wyglądałam jak po maratonie. Czym prędzej zamknęłam drzwi i usiadłam opierając
się na nich. Uśmiechnęłam się z ulgą.
Serce zabiło mi szybciej, Kiedy zobaczyłam Jeva. Podniósł
głowę znad trzymanego w rękach, drewnianego, starego i w dodatku poniszczonego
łuku, zrobionego z gałęzi, chyba jesionu. On na pewno nie był z Sali
Treningowej. Zmarszczyłam brwi, ale nie spytałam skąd go ma. Zaczęłam patrzeć
na ręcznie wyryte, krzywe wzorki na drewnie. Jev spojrzał na mnie zaciekawiony
w równym stopniu, co ja.
- Co ci się stało?
- Ach, szkoda gadać – zażenowana machnęłam ręką.
Jev wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
- Lubię historie, fajnie byłoby posłuchać jakiejś nowej.
Westchnęłam.
- Słyszałeś o Wietrze Veroniki?
- Jasne, przecież siedzi obok mnie.
Spojrzałam na niego zdziwiona i zaciekawiona za razem.
- Wieści już do ciebie doszły? – Zgadłam. Oczywiście to było
niemożliwe, ale nic mnie już nie dziwiło.
- Jakie wieści? Nie, po prostu poznałem cię po stylu walki i
bycia. Zawsze jesteś pewna siebie i wiesz czego chcesz.
- Kiedy ty mnie niby w walce widziałeś? – Spytałam, mile
połechtana jego uwagą.
- No cóż, przed wojną często bywałaś na różnych... że tak
powiem – konkursach. Rozpoznałem cię.
- Nikt nie widział mojej twarzy. Miałam ją zasłoniętą.
- Twój chód jest dokładnie taki sam jak tamtej kobiety w
przebraniu. Poza tym widziałem trzykrotnie jak walczysz. Raz na arenie, drugi
po tym konkursie rzucania sztyletami, kiedy to wygrałaś, a ludzie chcieli cię
okraść i musiałaś się bronić i jeszcze jeden raz... kiedy uciekliśmy z bunkru –
na to wspomnienie nam obojgu humor psuł się od razu.
Byłam naprawdę pod wrażeniem. Jev znał mnie lepiej niż ja
jego, a jednak znaliśmy się tylko dwa dni.
- Niesamowite – szepnęłam. – Ile ty o mnie wiesz.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- No, teraz nie tylko ty wiesz o moim przezwisku – skrzywiłam
się. – Przypadkowo ojciec się wygadał. Ach, teraz ich uznanie do mnie spadnie,
bo wiedzą też, że jestem siostrą dowódcy.
Westchnęłam.
- A może twoje uznanie wzrośnie właśnie z tego powodu? –
pocieszał mnie Jev.
Odpowiedziałam mu żałosnym uśmiechem.
Przez chwilę ciszy zaczęłam się przypatrywać dziecinnemu
łukowi, który Jev trzymał w dłoniach. Przyglądał mu się, a myślami odpłynął
gdzieś daleko. Jego uroda mnie uderzyła. Zwróciłam uwagę na jego rzęsy,
układające się w wachlarz, czerwone usta, lekko kanciastą twarz...
- Ciekawa? – szepnął nagle. Obudziłam się rumieńcem z
majaku. Spojrzałam na jego łuk, a potem na niego. Wpadło mi do głowy, że mogło
mu chodzić o ten łuk, ponieważ patrzyłam się na niego tak intensywnie. Czułam
się jak idiotka.
- Skąd go masz? – Zachrypiałam i odkaszlnęłam.
Uśmiechnął się lekko rozbawiony, jakby od początku wiedział,
o czym myślałam.
- Sam go zrobiłem, kiedy byłem mały. Jest dla mnie bardzo
ważny, dlatego gdy zaczęła się wojna, schowałem go w tym lesie.
- Nie bałeś się, że go zgubisz?
Pokręcił głową. – Znam ten las, jak własną kieszeń. Można
powiedzieć, że się w nim wychowałem.
- Też zawsze lubiłam nasz las. Bardzo często bawiłam się w
nim ze znajomymi. Dużo w nim kryjówek do zabaw w chowanego.
Zaśmiałam się, gdy wróciły stare, dobre wspomnienia z
dzieciństwa.
- Właściwie, to ja na prawdę czasami mieszkałem w lesie. Łuk
służył mi do polowań, kiedy nie miałem żadnego jedzenia w domu.
Zerknął na mnie ukradkiem, ale potem znów zatopił wzrok w
swoich dłoniach.
- Dlaczego mieszkałeś w lesie? – przecież jedzenie nie było
drogie, chyba, że mieszkał na ulicy. – Byłeś żebrakiem? Nie miałeś domu?
- Nie o to chodzi. Raz miałem dom, raz nie miałem. Trochę
ciężko to opowiedzieć. Nie wiem czy dam radę.
- Nie musisz, jeśli nie chcesz – nie będę zmuszać ludzi,
żeby na siłę opowiadali mi trudy swego życia. Moje też nie było łatwe. Parę
razy mieliśmy kłopoty finansowe, mimo pomocy braci. Sama starałam się jak
mogłam, wszystkie roboty, których zdołałam się podjąć, robiłam. Kupowałam
materiał, jedzenie, pomagałam Niallowi w pracy, nawet jeździłam na koniu przez
pół kraju, by przesyłać wiadomości i pieniądze między moimi starszymi braćmi, a
rodzicami.
Jev kiwnął głową w moją stronę z wyrazem ulgi na twarzy.
Ponieważ Jev miał tylko jedną zmianę trwała ona dwie i pół
godziny. Rozmawialiśmy przez ten czas o bardzo przyjemnych rzeczach,
przedstawieniach na rynku, anegdotach z naszego życia. Dowiedziałam się, że przez jakiś czas Jev
podróżował między Sanadet, Veroniką, prawie nigdy nie mieszkał nigdy nigdzie na
stałe, a nawet miał znajomych wśród Cyganów. Czas płynął mi szybko i przyjemnie
słuchając jego opowieści. Jednocześnie moje serce nie przestawało szybko bić. W
dodatku było mi trochę gorąco, co było bardzo dziwne, zważywszy na to, iż
byliśmy pod ziemią. Po jakimś czasie przysunęłam się bliżej niego, właściwie
trochę nieświadomie. Zauważyłam, że idą następni wartownicy, nie mogłam jeszcze
rozpoznać, kim byli. Zaskoczyło mnie to, ponieważ już raz się zmienialiśmy, co
oznaczało, iż Jev siedzi tu ze mną już pięć godzin. O dwie I pół godziny za
długo.
Miałam mu to powiedzieć, kiedy nagle z hukiem otworzyła się
klapa wejściowa. Na dworze padało, słychać było rżenie konia gdzieś w pobliżu.
Była burza i piorun oświetlił całe pomieszczenie. Po kręgosłupie przeszły mi
ciarki, ale zerwałam się na równe nogi.
W otworze stała
chuda, niska postać w płaszczu zapinanym z przodu na wielkie guziki, wielkości
oczu. Mężczyzna zignorował schody i wskoczył prosto do pomieszczenia, gdzie
czekaliśmy ja oraz Jev z mieczami w rękach.
- Kim jesteś? – spytałam nadal trochę zdezorientowana po huku jakiego narobił. Zasłoniłam korytarz plecami, ale już słyszałam zza niego
głosy innych ludzi.
- Jestem posłańcem armii. Kim ty jesteś? – warknął. Choć był
niższy, patrzył na mnie z góry. Stał dumnie.
- Jakie masz wiadomości? – pytałam dalej, nie opuszczając
ostrza.
- Chcę się spotkać z generałem Kevinem lub Derilem, albo z
jego rodziną. To wiadomość od pani Carolin.
Oczy mi się otworzyły, ostrze opadło, serce zabiło szybciej.
Podeszłam do niego powoli, chowając miecz z powrotem do pochwy.
- Jestem jej córką. Czy to starczy? – szepnęłam, patrząc,
jak posłaniec wyciąga zgiętą w pół kartkę z pod płaszcza.
- Czy ktoś to może potwierdzić? – uniósł pytająco i
podejrzliwie jedną brew, nie zważając na moją reakcję.
- Prawdopodobnie, każda przechodząca tędy osoba – powiedział
Jev.
Właśnie wtedy do pomieszczenia wbiegli Kevin, Deril i
Joseph.
- Co się tutaj dzieje? – Kevin spojrzał najpierw na szalejącą
za dziurą burzę, potem na mnie i na końcu na posłańca. Na Jeva nawet nie
zerknął. Zdawało mi się, czy go nie lubił?
- Wiadomość do ciebie, sir. – odezwał się z szacunkiem
posłaniec.
- Nie mogłeś jej dać mojej siostrze?
- Ależ nie wiedziałam, iż jest pańską siostrą.
- Ach, teraz już wiesz. – Joseph wyrwał mu z ręki kartonik.
Otworzył go i zaczął czytać. A właściwie to tylko się w niego wpatrywał w
osłupieniu.
- Tato? Czy coś się stało? – zaniepokoiłam się. Deril już
nerwowo podrygiwał, Kevin znów zmienił się w miedziany posąg, a Jev patrzył się
na mnie. Na chwile nasze spojrzenia się spotkały, ale odwróciłam wzrok,
wpatrując się w nieprzytomnego ojca. Wyrwałam mu kartkę, a on nawet nie
zareagował.
Tylko na nią spojrzałam, ponieważ było na niej napisane
jedno słowo:
Pomocy!
Podałam kartkę innym, sama ledwie trzymałam się na nogach.