wtorek, 31 grudnia 2013

3. Przechadzka

     Tym razem szliśmy krócej. Chłopak był bardzo skupiony na drodze, ja rozglądałam się po mieście szukając znajomych wspomnień. Niestety piękne niegdyś dzielnice wyglądały teraz paskudnie. Zaciskałam pięści i mrugałam powiekami by nie płakać. Zapłacą mi za to! Arkanie pożałują, że zadarli z Talarią!
     Mój kompan na początku nie mógł opanować szoku po zabiciu człowieka. Zniknął on z jego oczu dopiero po upływie mniej więcej dwóch godzin. Widząc to uznałam, że mogę mu już powiedzieć straszną nowinę.
     - Nie żyją. – szepnęłam.
     - Co? – Chłopak spojrzał na mnie zdezorientowany.
     - Arkanie zabili uciekinierów z bunkru. – Wpatrywałam się w żwir pod nogami, nie widziałam więc jego reakcji. Nawet nie chciałam.
    Przeszliśmy przez pole wyciętych drzew, jeszcze za życia miasta, potem dopiero weszliśmy do lasu. I tu widać było skutki wojny. Ale drzewa nie ucierpiały tak bardzo. Jedne miały połamane gałęzie inne były powalone, lecz szkody nie sięgały tak daleko jak w mieście. Na widok zieleni, co prawda lekko podpalonej, ale wciąż bliskiej mojemu sercu, wracały wspomnienia zgubione w nawiedzonych dzielnicach Veroniki. Przypomniało mi się czasy, kiedy jeszcze byłam mała. Wspinałam się na te drzewa, gdy bawiliśmy się w chowanego i zeskakiwałam z nich, kiedy bracia mnie szukali z krzykiem „a kuku!”, na ustach. A potem przyszła wojna i chowanie się w koronach drzew nabrało innego znaczenia.
     Kolejne pół godziny przeszliśmy w ciszy. Słońce już zaszło, niebo nabrało ciemnego koloru. Drogę oświetlał nam jedynie księżyc w pełni. Był piękny, jasny i świecący. Nazywałam go czasami „Nocną Pochodnią”. Moi bracia nigdy nie przywiązywali wagi do tego, co dzieje się na niebie, ale ja patrzyłam jak zmienia się położenie gwiazd, zastanawiałam się, czemu tak jasno świecą. Lubiłam chodzić po opustoszałym (może nie do końca, ale panował wtedy większy spokój niż w dzień) ciemnym mieście, patrzeć jak Nocna Pochodnia ogląda mnie z góry, ustala gdzie powinien znajdować się mój cień. Teraz także wpatrywałam się w księżyc. Dopóki nie potknęłam się o wystający z ziemi korzeń i nie wpadłam w ramiona chłopaka, który towarzyszył mi przez całe po południe.
     Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Jego błyszczały, zieleń podkreślona była światłem Nocnej Pochodni. Usta miał lekko rozchylone. Uśmiechnął się lekko, kiedy na moje poliki wstąpiły rumieńce. Nie wiem do końca jak wyglądała moja twarz, wiem tylko, że oczy i usta miałam szeroko otwarte, a serce biło mi jak w kowadło. Po chwili, która zdawała się być godziną, postawił mnie na ziemię i odwrócił twarzą w jego twarz. Patrzyliśmy tak na siebie przez chwilę, która trwała wieczność. Chciałabym żeby trwała dłużej, pomyślałam. Chwila… o czym ja myślę?! Zamrugałam i chłopak chyba uznał to za odrzucenie. Odsunął się. Bardzo powoli. Uświadomiłam sobie, że jego ręce, w miejscach, których dotykał zostawiały ogniste ślady na mojej skórze połączone z dziwnym prądem. Czułam go już po raz kolejny. Nagle zrobiło mi się gorąco. Albo dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
     Jakieś dziesięć minut później mój kompan szedł już spokojnie, skupiony, podczas gdy ja wpatrywałam się w księżyc, widziałam go wyraźnie nawet przez korony drzew. Nie mogłam odpędzić od siebie widoku jego zielonych oczu, tego, w jaki sposób jego usta były rozchylone. Co się ze mną dzieje? – Pytałam samą siebie.
     Nie znasz go, nie wiesz nawet jak ma na imię.
     Więc czemu się tak na niego patrzyłaś? Dlaczego on tak patrzył na ciebie?
     On ciebie także nie zna, musiało ci się przywidzieć…
     Może to miłość od pierwszego wejrzenia?
     Nie ma czegoś takiego. Nie wierzysz w to!
     Nie wierzysz…
     Nie ważne ile razy potrząsałam głową, nie mogłam odpędzić od siebie tego dziwnego uczucia. Jakby pod moją skórą krążyły maleńkie stworzonka i prowadziły z moją podświadomością konwersację, starając się zmusić ją do podjęcia decyzji, która zdawała się być niemożliwą. Która była niewłaściwa. Jednak, kiedy trzymał mnie w ramionach – tak delikatnie i lekko – czułam się pewnie, bezpiecznie, spokojnie… Wiedziałam, że już na pewno nie będę więcej na niego krzyczeć. Niestety, wyglądało to tak jakbym podzieliła się na dwie strony: jedna chciała posłuchać serca, druga rozumu. Oczywiście zwyciężył rozum.
W lesie panowała cisza, przerywana jedynie szumem liści pod naszymi stopami i naszymi oddechami. Chłopak nagle zatrzymał się, a ja, myślami będąca jeszcze gdzieś 10 minut za nami, wpadłam na niego i oboje runęliśmy na ziemię.
     - Au! – Masował głowę, tak jak ja. – Możesz ze mnie zejść?
     Uświadomiłam sobie, że ciągle na nim leżę. Natychmiast się podniosłam, kiedy zorientowałam się, iż znów przepływa przeze mnie ten prąd. Podałam mu rękę.
     - Przepraszam. Zamyśliłam się.
     I wtedy usłyszeliśmy szmery pod naszymi stopami. Nawet się nie zdałam sobie z tego sprawy, a już zmiarkowałam, iż leżę na wydeptanej trawie. Spojrzałam w dół na drewnianą klapę, na której przed sekundą stałam. Nieświadomie zaklęłam.
     Z pod ziemi wyszedł… Kevin. Przez chwilę wpatrywałam się w jego twarz. Nie znalazłam żadnego chodź by najmniejszego zadraśnięcia. Jak zawsze, wyglądał świeżo, a podkreślały to jego, odstające na wszystkie strony, jasne włosy i opalona cera. Wszędzie rozpoznała bym, także jego postawę, którą jednocześnie wyróżniał się i dopasowywał do reszty przeciętnych mieszczan. Jego czekoladowe oczy patrzyły się na mnie ze zdumieniem, ale I radością. Zdaje się, czy zauważyłam też niepokój? Znikął jedak szybko – zawsze potrafił dobrze zatuszować swoje prawdziwe uczucia. Kochałam w nim jego wszystkie cechy charakteru i wyglądu, więcej nie mogłam wytrzymać patrzenia na niego.
     - Kevin! - Rzuciłam mu się na szyję z radością i ulgą. Odwzajemnił uścisk, a potem odsunął się na długość ramienia żeby mnie obejrzeć. Uśmiechnęłam się szeroko.
     - Sofie – powiedział miękkim, niskim głosem. Jego oczy wyrażały te same emocje, które ja czułam. – Tak się cieszę, że żyjesz. Kto ci powiedział o naszej kryjówce? – Spytał marszcząc brwi.
Gdzie jest ten chłopak? Rozejrzałam się. Stał za Kevinem. Kiedy padło pytanie wyszedł zza niego z uśmiechem.
     - Dzień dobry, Kevinie – wyciągnął dłoń. Mój brat uścisnął ją, na początku, najwyraźniej starając się przypomnieć sobie, kim jest człowiek wiedzący o położeniu kryjówki, ale potem przypomniał sobie, najwyraźniej.
     - Powinienem był się domyślić. Dziękuję ci, Jevie Mariano. Możesz dołączyć do nas lub odejść jeśli chcesz. W wojsku nigdy miejsc nie zabraknie – uśmiechnął się lekko widząc, iż chłopak pokiwuje twierdząco głową.      – Zostaniesz w takim razie na tym samym stanowisku.
     Właściwie przestałam słuchać, kiedy usłyszałam jak nazywa się poddowódca. Z tego wszystkiego zapomniałam się spytać, ale co się dziwić – raczej podczas ratowania braci nikt nie zawracałby sobie głowy imionami. Jednak taraz, gdy wiedziałam, że wszystko jest w porządku, zaineresowałam się. Uniosłam brwi i zamrugałam jakby w oczy ktoś zaświecił mi ostrym światłem.
     - Masz odważną siostrę, nie ma co. Strasznie podobna do ciebie – zażartował sobie mój kompan. Słyszałam to mnóstwo razy. I nie tylko, dlatego że potrafię walczyć, ale dlatego, iż ja i Kevin mamy prawie identyczny kolor włosów. Moje są ciut ciemniejsze.

     Zaśmialiśmy się wszyscy troje.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

2. Nieprzyjemne spotkanie

     - Sofie! To ja! – krzyknął chłopak, ten, który mi pomógł. Co on do cholery wyczyniał? Zaraz mu pokażę. Jeśli ktoś pójdzie za nami inni to zauważą.
     Opuściłam miecz, ale nie schowałam. Poczekałam aż do mnie doszedł. Złapałam go za koszulę i przycisnęłam do ściany. Jęknął zaskoczony.
     - Czemu za mną poszedłeś? – Spytałam. Starałam się w to włożyć trochę jadu. Musiał poczuć, że ze mną się nie zadziera.
     - Myślałem, iż chcesz wiedzieć gdzie chowają się twoi bracia… - mimo arogancji wyczułam w jego głosie nutkę strachu. Puściłam go. Może i nie podobało mi się to, że za mną polazł to faktycznie bez niego moje szanse na znalezienie braci były nikłe.
     - Dobra. Niech ci będzie. Ale jeśli jeszcze raz odwalisz coś takiego…
     - Rozumiem – uśmiechnął się łobuzersko.
     - Sprawdziłeś czy nikt cię nie śledzi? I jak udało ci się odwrócić uwagę tych ludzi? Po tym całym twoim przedstawieniu ludzie musieli się na ciebie patrzeć – założę się, że jak na wariata.
     - Spokojnie. Jestem pewien, że jesteśmy bezpieczni.
     - Obyś miał rację.
     Szliśmy korytarzami przez parę godzin. Musiałam łapać chłopaka za koszulę żebyśmy się nie rozdzielili. Ale natychmiast go puszczałam. Nie podobał mi się ten magnetyzm. Kevin zrobił wiele korytarzy by w razie, czego intruz nie wiedział jak się stąd wydostać. Teraz tylko utrudniało mi to bezpieczne wydostanie się stąd. Ale na reszcie wyszliśmy na powietrze przez otwór w ziemi.
Znaleźliśmy się na ulicy, która jeszcze nie dawno była najbardziej zatłoczoną drogą w naszym mieście. Teraz wyglądała okropnie. Zachodzące słońce sprawiło, że ulica zdawała się być nawiedzona. Kiedyś myślałam, że odór spoconych ciał handlarzy jest najgorszy, ale zmieniłam zdanie, gdy doszedł do mnie smród rozkładających się ciał i zaschniętej krwi. Ślady, które zostawiła widać było na każdym kroku. Drzwi powyrywane były z zawiasów i użyto ich, jako podpałki. Ogień już zgasł, ale szkody, jakie narobił widać było gdziekolwiek się spojrzało. Spalone budynki, drzewa, ciała. Od upadku armii minął tydzień.     Wiedziałam, że zniszczą miejsce, w którym się urodziłam, ale w oczach i tak stanęły mi łzy. Spojrzałam na mojego kompana. On także czuł się strasznie. Zauważyłam to po sposobie, w jakim zaciskał usta. Zdradzały go także oczy.
     Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas. Złapałam chłopaka za koszulę i wepchnęłam do najbliższego budynku. Wcześniej była tu siedziba szewca. Musieliśmy uważać na gruz walający się wszędzie. Okno wychodziło na ulicę, z której zeszliśmy, więc widzieliśmy jak z tunelu wychodzi trójka mężczyzn ubranych w jaskrawe pancerze. W pierwszej chwili przeraziłam się i pomyślałam, że naprawdę mamy szczęście. A w drugiej wściekłam się na kompana. Co on sobie myślał wychodząc ze schronu? A teraz i ludzie chowający się mogą zginąć.
     Wepchnęłam chłopaka za ladę sklepową i sama za nią uklęknęłam. Przez chwilę obserwowałam Arkanów. Dwóch o czymś rozmawiało a trzeci właśnie poszedł dalej ulicą. Potem posłałam chłopakowi mordercze spojrzenie.
     - „Spokojnie. Jestem pewien, że jesteśmy bezpieczni” – zacytowałam jego słowa. Tyle, że on powiedział to z pewnością i dziwnym zaufaniem, a ja ze wściekłością i sarkazmem.
     - Ale byłem pewien… - wyglądał na skołowanego. Zmarszczył brwi i wychylił się zza lady.
     - Co ty robisz?! Zauważą nas. Chcę w miarę możliwości dostać się bezpiecznie do moich braci, a ty mi to utrudniasz.
     Mina chłopaka zmieniła się na wściekłą. Teraz to ja zmarszczyłam brwi. Zerknął na mnie i widząc moją minę wyjaśnił:
     - Widzisz tego wysokiego bruneta? On jest, a raczej był najlepszym przyjacielem Derila. Pracowali razem w wojsku. On także był z nami w schronie. Ja… powiedziałem mu o tunelu.
     Skulił się w oczekiwaniu na moją reakcję.
     Żeby go nie udusić zgięłam palce na półce pod ladą. Zaciskałam je tam mocno aż pobielały mi kłykcie. Byłam tak wściekła, że moje oczy ciskały błyskawice w kierunku chłopaka.
     - Zanim cię uduszę, od powiedz mi na jedno pytanie.
     - Tak?
     - Czy ty wychowałeś się za granicą?
     - Skąd to pytanie?
     - Czy słyszałeś o jakimś, Talarianinie, który ufałby innym ludziom w takich sytuacjach?
     Nie zdążył od powiedzieć, ponieważ jeden z Arkanów wszedł do sklepu. Skuliliśmy się pod ladą. Pokazałam kompanowi na migi żeby się stąd nie ruszał. Miałam nadzieję, że tym razem posłucha. Gdy wróg pochylił się nad rozkładającym się ciałem szewca skoczyłam na niego z mieczem w ręku i podcięłam mu nogi. Zaskoczony, uderzył o ziemię głową. Przystawiłam mu ostrze do gardła chcąc by się nie ruszał, żebym mogła się dowiedzieć ilu jego ludzi wie o tunelu. Niestety stracił przytomność.
     - Zostań z nim i pilnuj go. Lepiej tym razem mnie posłuchaj, jeśli chcesz żyć. – rzuciłam chłopakowi, wychodząc ostrożnie z budynku. Jeden z dwóch pozostałych Arkanów pilnował wejścia. Wyszłam z cienia – z mieczem schowanym za plecami i udawanym strachem – a mężczyzna podniósł się z ziemi i wyjął szablę z pochwy.
     - Kim jesteś? – spytał z charakterystycznym dla Arkanów akcentem. – I co tutaj robisz?
     Podszedł bliżej, pewny już, że nic mu nie zrobię. Przeczesał dłonią ciemne włosy. Czas na atak.
Wyjęłam schowany miecz i zaatakowałam. Typek od razu zmiarkował, o co chodzi i odparł atak. Teraz to on atakował, a ja się broniłam. Ale jego natarcia były dość słabe. Oczywiście mogła być to przykrywka. Taka, jaką używałam.
     Za moimi plecami trzeci Arkanin krzyczał coś w obcym języku. Słyszałam jak zbliża się w naszym kierunku. Prawdopodobnie nie mówił po naszemu. Muszę przesłuchać tylko jednego.
Mężczyźni napierali ze wszystkich stron, z mojej twarzy powoli zaczynał spływać pot. Kopnęłam przyjaciela Derila w brzuch aż zatoczył się z bólu i upuścił miecz. Drugi uniósł szablę do góry, więc schyliłam się, wyciągnęłam ukryty w bucie sztylet Sai (dodatkowo przechowywany w pochwie, wypełnionym wcześniej niezwykle trującym jeden żaby) i wbiłam mu w bok. Facet zaskoczony jęknął z bólem w oczach i zatoczywszy się, padł na twarz. Wokół niego zaczęła się tworzyć plama czerwonej posoki. Brunet sięgał po miecz nadal skrzywiony. Podbiegłam i przycisnęłam mu kark do ziemi. Usiadłam na nim.
     - Ilu z was wie o tunelach?! – krzyknęłam. Musiałam poluźnić trochę ucisk żeby mógł mówić i oddychać.      Próbował się wyrwać, ale ja przystawiłam mu zakrwawione ostrze do gardła. Nie chciał mówić. Ja się odezwałam. – Ten sztylet jest nasączony jadem żaby. Albo powiesz mi, co wiesz o tunelach albo go posmakujesz. Co wolisz? Wybieraj. Twój czas się kończy – nadal nie chciał mówić. Zaczynałam się niecierpliwić. – Jeszcze mogę porozmawiać z twoim kompanem – syczałam zza zaciśniętych zębów.   Uderzyłam jego głową o ziemię.
     Znowu jęknął.
     - Przestań! Wiemy tylko my trzej!
     - Na prawdę? I nie zostawiliście nikogo na straży?
     Spojrzał na mnie przerażony. – Przysięgam! Przyszedł taki jeden i mówi, że mam się śpieszyć i iść za nim.      Nie miałem czasu, ledwo udało mi się znaleźć dwóch Arkanów.
     - Przejęli bunkier, prawda? Mów!
     Mężczyzna wytrzeszczył oczy, czułam pod palcami jego przyśpieszający puls. Mocniej przycisnęłam sztylet do jego krtani.
     Brunet kiwnął lekko głową nie mogąc wydusić ni słowa.
     - Wiedziałam. – zaklnęłam. – Co chcecie zrobić z tymi ludźmi? Zabić?
     Milczał. Przybliżyłam zmrużone oczy do jego twarzy, przerażając go jeszcze bardziej. Sai przesunęłam po jego skórze – wszystkimi trzema końcami – po brodzie, ustach, zatrzymując środkowy koniec sztyletu nad nosem, także pozostałe dwa końce sztyletu majaczyły mu przed  oczyma. – Jedno pchnięcie – szepnęłam – i po tobie.
     Brunet spróbował przełknąć, ale nie pozwoliłam mu i się oślinił.
     - Oni.. oni n-nie żyją. – Wyjąkał. - Już... z-za p-późno.
     Krew zamarzła mi w żyłach, a potem zaczęła w nich krążyć kilkakrotnie razy szybciej i napłynęła mi do twarzy oraz zaszumiała w uszach. Zapanowała tak przerażająca cisza, że po plecach przeszły mi ciarki.
     - To za zdradę kraju, popaprańcu! – Wrzasnęłam na Bruneta i przejechałam mu sztyletem po szyi i wytarłam ostrze o jego rękaw, a następnie wsadziłam go z powrotem do buta. Spojrzałam jeszcze raz, z odrazą, na bruneta i krew sklejającą jego włosy. Może byłam dobrą wojowniczką, lecz na widok krwi zawsze odwracałam wzrok i powstrzymywałam mdłości. Jednak nie mogłam zostawić ciał tak na środku ulicy. Zatykając nos (zapach krwi zawsze mnie odrzucał) złapałam go pod pachy i zaciągnęłam za róg wrzucając do jakiegoś budynku. To samo zrobiłam z drugim. Gdy skończyłam oparłam dłonie o kolana. Po pierwsze, dlatego, iż znów miałam ochotę zwymiotować przez nowy ślad z czerwonej posoki ciągnący się od miejsca walki do budynku, przy którym stałam, a po drugie, ponieważ te ciała były strasznie ciężkie. Przez chwilę zastanawiałam się wcześniej czy poprosić tego idiotę o pomoc, ale odrzuciłam tę opcję. Spojrzałam na siebie i jęknęłam. Wełniany sweter, który miałam na sobie cały był ubrudzony krwią. Super, pomyślałam, teraz już w ogóle nie będę mogła oddychać. Zdjęłam płaszcz, przerzuciłam golf tak, że teraz plama była na plecach. Powinnam wrócić do kryjówki.
     Kiedy jeszcze lekko dysząc weszłam do budynku, w którym był mój kompan, zastałam go stojącego nad ciałem trzeciego Arkana. Jego skrzywiona mina zaniepokoiła mnie.
     - Co jest? – spytałam zwalniając.
     - Obudził się – szepnął. Wtedy dostrzegłam krew na rękach chłopaka. Zabił go…
     - Pierwszy raz zabiłeś człowieka?
     Skinął głową. Patrzyłam jak jego zbladła twarz zmienia kolor na zielony. Niespodziewanie chłopak złapał się za brzuch, obrócił plecami do mnie i pochyliwszy się zwymiotował.
     Zbliżyłam się do ciała nieprzyjaciela i zdarłam z niego kawałek tkaniny. Przy okazji zauważyłam rozcięcie na jego czole i sączącą się, tworzącą kałużę, krew. Podałam szmatę kompanowi. Po chwili wyprostował się. Był trochę blady, trochę zielony. Oczy miał mokre i szeroko otwarte.
     Wiedziałam jak to jest. Najlepszym sposobem żeby nad tym nie myśleć jest odwrócenie uwagi.
     - Gdzie ukryli się moi bracia? Musimy ruszać – starałam się być delikatna acz stanowcza. Niestety moją wadą było to, iż nie potrafiłam dogadywać się z ludźmi. I niestety w moim słowniku brakowało pojęcia „być taktownym”.
     - Tak, chodźmy. Nie mogę już tu tak stać – wzdrygnął się i potrząsnął głową.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. A potem spoważniałam.

     - Prowadź.

niedziela, 29 grudnia 2013

1. Schron.

     Oparta o ścianę wpatrywałam się w przerażone, chore, smutne i wychudzone twarze Talarian, a że patrzyłam na nie już długo, znużenie było teraz jedynym uczuciem malującym się na mojej twarzy. Została tylko namiastka naszych oddziałów (nie mówię, oczywiście, o tych tutaj). Ludzie, których jeszcze nie zdążyli przekabacić na swoją stronę ani zabić ukryli się w podziemnych schronach. Ile to jeszcze będzie trwało? Straciłam poczucie czasu. Nie mogłam ustalić pory dnia – w bunkrze nie było okien, ponieważ byliśmy pod ziemią. Drzwi były zamknięte na kłódkę, podobno po to by Arkanie – nasi wrogowie - się nie przedarli. Pasowałoby mi to – gdyby były zamknięte od środka. Podziwiałam ludzi, którzy mogli spać w takiej chwili. A może byli nieprzytomni? Nie zastanawiałam się nad tym. Myślałam o naszych zwyczajach, których nie wyzbyliśmy się nawet teraz - na wojnie.
     Talaria była dziwnym krajem z dziwnymi zasadami. Niby brakowało pieniędzy, ustanawiano większe podatki, ale królowi wraz ze służbą i ich przyjaciołom to nie przeszkadzało w urządzaniu wystawnych przyjęć. Moi bracia pracując u władcy jako gwardziści opowiadali mi o nim. Elegancik, patrzący się na własny czubek nosa. Zaraz po rozpoczęciu wojny uciekł, a kiedy się o tym dowiedziałam poprzysięgłam sobie, iż zemszczę się za zostawienie kraju, jak go spotkam. Z drugiej strony taki chytry bufon nie powinien zarządzać armią.
     Po tchórzowskim zachowaniu króla-zdrajcy wszystkich ogarnął strach. Ludzie przechodzili na stronę Arkanu, uciekali z kraju lub kopali kryjówki. Została garstka wiernych krajowi, lecz byli to przeważnie zwykli kowale i rzemieślnicy. I oni  także przegrali. Dlatego, że nie potrafili przełamać starych przekonań. Zasada numer 1. w naszym kraju brzmi: „Nie ufaj nikomu”. Ale ja nie byłam lepsza. Nawet teraz, kiedy jest już w miarę bezpiecznie, moja dłoń zaciskała się na rękojeści miecza.
     Miałam to szczęście. Ojciec kowal, dwaj starsi bracia pracowali w wojsku, młodszy, jako przemytnik. Od taty mam, a raczej miałam najlepsze miecze, od Kevina nauczyłam się walczyć mieczem, a Deril lepiej walczy wręcz. Za to Niall nauczył mnie paru sztuczek i przekrętów, które warto zastosować podczas ucieczki. Dostałam też od niego gruby, długi aż do ziemi płaszcz. Matka uciekła, chodź wcześniej był o to mały spór. Nie chciała nas opuszczać, a potem, kiedy już się zgodziła chciała wziąć ze sobą mnie. Trochę się wystraszyłam, dalsze negocjacje prowadził z mamą Kevin. W końcu się przekonała i uciekła.
Zbiórka naszej rodziny miała odbyć się w tym miejscu. Ale nikogo nie było. Bałam się coraz bardziej, a wraz ze strachem wzrastał niepokój.
     Po raz kolejny rozejrzałam się po pomieszczeniu. Ziało tu chłodem i smrodem rozkładającego się solonego mięsa. Pomieszczenie nie wyglądało zbyt przyjaźnie. Całe z marmuru tchnęło zimnem. Pod ścianą, naprzeciwko której siedziałam stały półki z przyrządami lekarskimi i jedzeniem. Ludzie przeważnie spali wykończeni, lub jęczeli z zimna, przykryci płaszczami i skórami zwierząt. Pod lewą ścianę wstawiono trzy ławki. Leżały na nich kobiety. Chore i zmarznięte. Jeśli jeszcze dłużej tu posiedzę będę wyglądać jak one, pomyślałam. Nie pierwszy raz w końcu. Westchnęłam i otuliłam się szczelniej płaszczem. Zdawało mi się czy z moich ust wydostawała się para?
     Chwilę później otworzyły się drzwi. Serce na moment mi przyśpieszyło, ale potem odzyskało zdrowy rytm – to nikt ważny. Z nudów zaczęłam bezczelnie gapić się na twarz nowo przybyłego. Talaria była gorącym krajem – każdy tutaj miał opaloną skórę. On także. Miał też duże, głęboko osadzone, rubinowe oczy, pełne, czerwone jak krew, usta. Włosy czarne jak noc miał przycięte na karku i sterczące z przodu jako grzywkę. Przez pomieszczenie przeszedł zdecydowanym lecz luźnym krokiem i stanął na środku pomieszczenia, po czym rozejrzał się dokładnie dookoła. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Zauważył to i puścił do mnie perskie oko, chytrze się przy tym uśmiechając.  Serce zabiło mi szybciej z niewiadomych powodów, ale opanowałam się, zmrużyłam oczy, by zasygnalizować „Bez kija nie podchodź”, ale się tym nie przejął. Z uśmiechem na twarzy i rozbawieniem w oczach, przeszedł przez pokój i usiadł koło mnie w rogu. Wtedy zauważyłam za jego uchem grubą szramę, jakby ktoś ciął mu ją tępym nożem, zamkniętymi oczami. Kto mu to zrobił? Odruchowo (no I trochę przez tę bliznę) odsunęłam się od niego.
     - Co się tak gapisz? – spytałam. Mój głos był zachrypnięty. Długo nie rozmawiałam z ludźmi.
     - Ty zaczęłaś – odszepnął. Miał aksamitny głos. Taki przyjemy dla uszu… ale nie dałam się zwieść.    Spróbowałam z innej strony.
     - Dlaczego usiadłeś obok? Jesteś taki ufny? – Czy tylko dla mnie zabrzmiało to głupio?
     - Potrafię rozpoznać po twarzy. Ty się tak patrzyłaś na mnie…
     - To miało oznaczać, żebyś trzymał się z daleka ode mnie – wskazałam przy tym brodą na najdalszy koniec pomieszczenia. Tylko się uśmiechnął.
     - Nie uda ci się mnie nastraszyć.
     Zobaczymy, pomyślałam. Odkryłam kawałek płaszcza i pokazałam mu mój najlepszy miecz. Uśmiechnęłam się złowieszczo. Nie podziałało to na niego. Nie dałam się zwieść, ale zaprzestałam sztuczek – nie miało to większego sensu. Przypomniałam sobie moje udręczenie z powodu braku okien.
     - Ile minęło od upadku armii? – Prawda była taka, że każdy wiedział o naszej totalnej porażce.      Walczyłam u boku moich braci. Zaraz przed upadkiem Talarii byłam optymistką. Myślałam, lojalność, dobra cecha, zaprowadzi nas do zwycięstwa. Gdy nadszedł czas walki wojsko wyznaczone (i przekupione) przez króla, a jednocześnie największe, więc bez niego nasze szanse spadały do zera - uciekło, gdzie pieprz rośnie. Musieliśmy się schować. Nie było innego ratunku. Zaraz po upadku zrobił się ze mnie ponurak. Nie wierzyłam w bezpieczne przewiezienie. Kevin i Deril byli na tak wysokich pozycjach, że pół oddziału zmusiło mnie do ukrycia się. Tłumaczyłam, że jeszcze się przydam, nawet dałam kilku z wojskowych po papie. Niestety, to wywołało tylko zwiększenie sił. W końcu dziesięciu przyjaciół Kevina ściągnęło mnie tutaj siłą. Jeszcze im pokażę…
     - Tydzień – odpowiedział chłopak z rozpaczą. Opadła mi szczęka, a po plecach przebiegły ciarki.          Tydzień?! Siedziałam tu aż tydzień?! Ewakuacja miała być najwyżej trzy dni po upadku. Powoli zaczęłam kojarzyć fakty. Czasami, gdy przywozili nowych ludzi widziałam przebłyski jaskrawych kolorów. I do tego zamknęli nas od zewnątrz, a kilka razy się zdarzyło, że ludzie umierali z głodu albo zepsutego jedzenia… Nagle mnie olśniło! Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc. Zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę - ani drgnęły. Chłopak poderwał się i zdezorientowany podszedł do mnie.
     - Co się stało? – spytał.
     - Arkanie. Zamknęli nas tu – wyszeptałam. Bałam się podnieść głos żeby nie wywołać paniki wśród emigrantów. Okazało się, że dałam się schwytać! Zrobiłam z siebie kretynkę! Ale co z moimi braćmi? Zaschło mi w ustach.
     A chłopaka zamurowało. Opanował się dopiero po kilku minutach.
     - Jak się nazywasz?
     - Dlaczego miałabym ci to mówić? – patrzyłam na niego podejrzliwie. Skąd mu się teraz na to wzięło? I co mu do tego?
     - Czy to nie ty pobiłaś tego kowala? – skojarzył. Uśmiechnął się do mnie figlarnie. Przypomniałam sobie, o co mu chodzi. Powstrzymałam ponury chichot.
     Przed wojną ludzie znali mnie, jako sprytną, silną i, cóż, bali się mnie. Przynajmniej tak mówił Niall. Na szczęście nikt nie wiedział jak mam na imię. A skoro go nie znali mówili na mnie Wiatr Veroniki. Kilka osób chciało wynająć mnie, jako najemnika. Jednak ja ufam tylko sobie i nigdy nie przyjęłam żadnej z ofert, choć również z powodu tego, iż nie nienawidziłam tych ludzi. Zabić człowieka tylko dla pieniędzy – brrr. Ale faktycznie pobiłam kowala - by przyciągnąć tłum. Niall miał do załatwienia jakąś ważną sprawę na zapleczu. Nie chciał, żeby zauważono jego klienta.
    - Może i tak. I co z tego? – warknęłam.
     - Jeśli tak to nas wszystkich stąd wyciągniesz – odparł z przekonaniem i rozłożył rękę jakby chciał objąć cały pokój.
     - Czy ty, aby na pewno jesteś Taliarianinem? – spytałam sarkastycznie. – Nikt mi tu nie zaufa. Większość mnie kojarzy z bójek ulicznych i konkursów rzucania sztyletami. Kim ty w ogóle jesteś?
     - Prowadziłem jeden z niższych oddziałów. Okazało się, że to byli zdrajcy. Deril i Kevin Gromen kazali mi się schować w tym schronie – zacisnął pięści.
     Za to moje serce zabiło jak młotem. Złapałam go za podartą koszulę i zaczęłam nim potrząsać. Był wyższy ode mnie.
     - Co się z nimi teraz dzieje?! Co robią?! Czy w ogóle żyją? – na tym ostatnim załamał mi się głos. Jeśli…
     - Czyli jednak jesteś Sofie Gromen. Mogłabyś mnie puścić? – Rozluźniłam sztywne palce i odsunęłam się od niego. Zapomniałam żeby trzymać nerwy na wodzy. Opanowałam się momentalnie rozglądając się po pomieszczeniu. Chyba nikt nie zauważył. Oprócz, oczywiście chłopaka.
- Nie wiem, co robią twoi bracia, ale są bezpieczni. Z tego, co wiem wszyscy generałowie schowali się w osobnych bunkrach.
     - Wiesz gdzie on jest?
     - Wiem.
     - Musimy ich znaleźć. Jeśli Akranie przejęli wszystkie schrony na pewno ich pozabijają. A skoro ty – podniosłam wzrok i wskazałam palcem na chłopaka – już wiesz, że tu jestem to mi pomożesz. Nie miałam zamiaru tego robić, z uwagi na moich braci, ale widzę, iż nie mam wyboru. Odwróć uwagę emigrantów. Wyjdę stąd tajnym wyjściem i zbadam sytuację. Tylko musisz mi powiedzieć gdzie ten schron.
     - Jakie tajne przejście?
     - Jesteś jednym z przywódców. Myślałam, że Kevin powiedział wam, że wybudowaliśmy tajne tunele ewakuacyjne…
     - Nie powiedział. Myślę – tu podrapał się po podbródku, – że właśnie, dlatego cię tu przyciągnął na siłę. Żebyś w razie, czego nas stąd wyprowadziła. Gdyby wszyscy przywódcy wiedzieli o tunelach na pewno przejęliby je Arkanie.
     - Może masz rację. Ale musimy działać! Już rozprosz ich! – Wskazałam na emigrantów. Chciałam się wycofać w stronę najdalszego kąta pomieszczenia, ale chłopak złapał mnie za rękę. Z jego wyrazu miny wyczytałam, że nie wie, co ma robić. Jednak jego twarz wyrażała także irytację. Westchnęłam.
     - Nie wiem jak masz to zrobić! Udawaj, że słyszałeś Arkanów albo coś w tym stylu.
     - Wrócisz po nas? – Spytał. Wyrwałam rękę z jego uścisku. Stanęłam krok od niego.
     - Gdyby wszyscy zniknęli na raz nasz wróg zacząłby nas szukać. Wrócę. Ale tylko po ciebie. Musisz mi powiedzieć gdzie jest bunkier moich braci – przymknęłam powieki.
     - Jak mam odwrócić ich uwagę? – Jęknął. Znowu westchnęłam.
     - Nie wiem. Wymyślisz coś – poklepałam go po ramieniu i uśmiechnęłam się zachęcająco. Sama nie wiedziałam jak ma to zrobić. Wiedziałam, że to będzie trudne. Stanęłam w najdalszym kącie, tyłem do ściany i zaczęłam ją powoli przesuwać, ciągle rozglądając się po pomieszczeniu. W tym czasie chłopak zaczął walić w ściany i wołać:
     - Wypuśćcie mnie stąd! Tu nie ma powietrza! Ratuuunku! – Jęczał i walił w drzwi pięściami, udając, że się dusi. Ludzie zaczęli się na niego gapić. Odsunęłam ścianę tak żebym mogła się zmieścić. Wcisnęłam się w szczelinę i zatrzasnęłam ścianę. Przez dziurkę jeszcze raz zajrzałam do schronu. Mój pomocnik pólleżał oparty o drzwi, a kobieta, jedna z odważniejszych, coś do niego mówiła. Dobry z niego aktor. Powstrzymałam śmiech. Wyglądał na chorego.

Ruszyłam ciemnym korytarzem. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Było zimno i ciemno. Na szczęście znałam te tunele na pamięć. Przeszłam kilkaset kroków, gdy usłyszałam brzdęk marmuru. Ktoś otworzył i zamknął przejście. Ten Ktoś biegł w moim kierunku. Wyjęłam miecz z pochwy i czekałam.