Tym razem szliśmy krócej. Chłopak był bardzo skupiony na
drodze, ja rozglądałam się po mieście szukając znajomych wspomnień. Niestety
piękne niegdyś dzielnice wyglądały teraz paskudnie. Zaciskałam pięści i
mrugałam powiekami by nie płakać. Zapłacą mi za to! Arkanie pożałują, że
zadarli z Talarią!
Mój kompan na początku nie mógł opanować szoku po zabiciu
człowieka. Zniknął on z jego oczu dopiero po upływie mniej więcej dwóch godzin.
Widząc to uznałam, że mogę mu już powiedzieć straszną nowinę.
- Nie żyją. – szepnęłam.
- Co? – Chłopak spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Arkanie zabili uciekinierów z bunkru. – Wpatrywałam się w
żwir pod nogami, nie widziałam więc jego reakcji. Nawet nie chciałam.
Przeszliśmy przez pole wyciętych drzew,
jeszcze za życia miasta, potem dopiero weszliśmy do lasu. I tu widać było
skutki wojny. Ale drzewa nie ucierpiały tak bardzo. Jedne miały połamane
gałęzie inne były powalone, lecz szkody nie sięgały tak daleko jak w mieście.
Na widok zieleni, co prawda lekko podpalonej, ale wciąż bliskiej mojemu sercu,
wracały wspomnienia zgubione w nawiedzonych dzielnicach Veroniki. Przypomniało
mi się czasy, kiedy jeszcze byłam mała. Wspinałam się na te drzewa, gdy
bawiliśmy się w chowanego i zeskakiwałam z nich, kiedy bracia mnie szukali z
krzykiem „a kuku!”, na ustach. A potem przyszła wojna i chowanie się w koronach
drzew nabrało innego znaczenia.
Kolejne pół godziny przeszliśmy w ciszy. Słońce już zaszło,
niebo nabrało ciemnego koloru. Drogę oświetlał nam jedynie księżyc w pełni. Był
piękny, jasny i świecący. Nazywałam go czasami „Nocną Pochodnią”. Moi bracia
nigdy nie przywiązywali wagi do tego, co dzieje się na niebie, ale ja patrzyłam
jak zmienia się położenie gwiazd, zastanawiałam się, czemu tak jasno świecą.
Lubiłam chodzić po opustoszałym (może nie do końca, ale panował wtedy większy
spokój niż w dzień) ciemnym mieście, patrzeć jak Nocna Pochodnia ogląda mnie z
góry, ustala gdzie powinien znajdować się mój cień. Teraz także wpatrywałam się
w księżyc. Dopóki nie potknęłam się o wystający z ziemi korzeń i nie wpadłam w
ramiona chłopaka, który towarzyszył mi przez całe po południe.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Jego
błyszczały, zieleń podkreślona była światłem Nocnej Pochodni. Usta miał lekko
rozchylone. Uśmiechnął się lekko, kiedy na moje poliki wstąpiły rumieńce. Nie
wiem do końca jak wyglądała moja twarz, wiem tylko, że oczy i usta miałam szeroko
otwarte, a serce biło mi jak w kowadło. Po chwili, która zdawała się być
godziną, postawił mnie na ziemię i odwrócił twarzą w jego twarz. Patrzyliśmy
tak na siebie przez chwilę, która trwała wieczność. Chciałabym żeby trwała
dłużej, pomyślałam. Chwila… o czym ja myślę?! Zamrugałam i chłopak chyba uznał
to za odrzucenie. Odsunął się. Bardzo powoli. Uświadomiłam sobie, że jego ręce,
w miejscach, których dotykał zostawiały ogniste ślady na mojej skórze połączone
z dziwnym prądem. Czułam go już po raz kolejny. Nagle zrobiło mi się gorąco.
Albo dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Jakieś dziesięć minut później mój kompan szedł już
spokojnie, skupiony, podczas gdy ja wpatrywałam się w księżyc, widziałam go
wyraźnie nawet przez korony drzew. Nie mogłam odpędzić od siebie widoku jego
zielonych oczu, tego, w jaki sposób jego usta były rozchylone. Co się ze mną
dzieje? – Pytałam samą siebie.
Nie znasz go, nie
wiesz nawet jak ma na imię.
Więc czemu się tak na niego patrzyłaś?
Dlaczego on tak patrzył na ciebie?
On ciebie także nie
zna, musiało ci się przywidzieć…
Może to miłość od
pierwszego wejrzenia?
Nie ma czegoś takiego.
Nie wierzysz w to!
Nie wierzysz…
Nie ważne ile razy potrząsałam głową, nie mogłam odpędzić od
siebie tego dziwnego uczucia. Jakby pod moją skórą krążyły maleńkie stworzonka
i prowadziły z moją podświadomością konwersację, starając się zmusić ją do
podjęcia decyzji, która zdawała się być niemożliwą. Która była niewłaściwa.
Jednak, kiedy trzymał mnie w ramionach – tak delikatnie i lekko – czułam się
pewnie, bezpiecznie, spokojnie… Wiedziałam, że już na pewno nie będę więcej na
niego krzyczeć. Niestety, wyglądało to tak jakbym podzieliła się na dwie
strony: jedna chciała posłuchać serca, druga rozumu. Oczywiście zwyciężył
rozum.
W lesie panowała cisza, przerywana jedynie szumem liści pod
naszymi stopami i naszymi oddechami. Chłopak nagle zatrzymał się, a ja, myślami
będąca jeszcze gdzieś 10 minut za nami, wpadłam na niego i oboje runęliśmy na
ziemię.
- Au! – Masował głowę, tak jak ja. – Możesz ze mnie zejść?
Uświadomiłam sobie, że ciągle na nim leżę. Natychmiast się
podniosłam, kiedy zorientowałam się, iż znów przepływa przeze mnie ten prąd.
Podałam mu rękę.
- Przepraszam. Zamyśliłam się.
I wtedy usłyszeliśmy szmery pod naszymi stopami. Nawet się
nie zdałam sobie z tego sprawy, a już zmiarkowałam, iż leżę na wydeptanej
trawie. Spojrzałam w dół na drewnianą klapę, na której przed sekundą stałam.
Nieświadomie zaklęłam.
Z pod ziemi wyszedł… Kevin. Przez chwilę wpatrywałam się w
jego twarz. Nie znalazłam żadnego chodź by najmniejszego zadraśnięcia. Jak
zawsze, wyglądał świeżo, a podkreślały to jego, odstające na wszystkie strony,
jasne włosy i opalona cera. Wszędzie rozpoznała bym, także jego postawę, którą
jednocześnie wyróżniał się i dopasowywał do reszty przeciętnych mieszczan. Jego
czekoladowe oczy patrzyły się na mnie ze zdumieniem, ale I radością. Zdaje się,
czy zauważyłam też niepokój? Znikął jedak szybko – zawsze potrafił dobrze
zatuszować swoje prawdziwe uczucia. Kochałam w nim jego wszystkie cechy charakteru
i wyglądu, więcej nie mogłam wytrzymać patrzenia na niego.
- Kevin! - Rzuciłam mu się na szyję z radością i ulgą.
Odwzajemnił uścisk, a potem odsunął się na długość ramienia żeby mnie obejrzeć.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Sofie – powiedział miękkim, niskim głosem. Jego oczy
wyrażały te same emocje, które ja czułam. – Tak się cieszę, że żyjesz. Kto ci
powiedział o naszej kryjówce? – Spytał marszcząc brwi.
Gdzie jest ten chłopak? Rozejrzałam się. Stał za Kevinem.
Kiedy padło pytanie wyszedł zza niego z uśmiechem.
- Dzień dobry, Kevinie – wyciągnął dłoń. Mój brat uścisnął
ją, na początku, najwyraźniej starając się przypomnieć sobie, kim jest człowiek
wiedzący o położeniu kryjówki, ale potem przypomniał sobie, najwyraźniej.
- Powinienem był się domyślić. Dziękuję ci, Jevie Mariano.
Możesz dołączyć do nas lub odejść jeśli chcesz. W wojsku nigdy miejsc nie
zabraknie – uśmiechnął się lekko widząc, iż chłopak pokiwuje twierdząco głową. – Zostaniesz w takim razie na tym samym stanowisku.
Właściwie przestałam słuchać, kiedy usłyszałam jak nazywa
się poddowódca. Z tego wszystkiego zapomniałam się spytać, ale co się dziwić –
raczej podczas ratowania braci nikt nie zawracałby sobie głowy imionami. Jednak
taraz, gdy wiedziałam, że wszystko jest w porządku, zaineresowałam się.
Uniosłam brwi i zamrugałam jakby w oczy ktoś zaświecił mi ostrym światłem.
- Masz odważną siostrę, nie ma co. Strasznie podobna do
ciebie – zażartował sobie mój kompan. Słyszałam to mnóstwo razy. I nie tylko,
dlatego że potrafię walczyć, ale dlatego, iż ja i Kevin mamy prawie identyczny
kolor włosów. Moje są ciut ciemniejsze.
Zaśmialiśmy się wszyscy troje.