piątek, 11 kwietnia 2014

10. Brat.

Właściwie, to nie miałam za dużo do pakowania. Odkryłam, że ubrania z mojej szuflady nie są moje, postanowiłam, więc nie brać ich ze sobą. Rozłożyłam koszulę nocną na materacu I zastanowiłam się, co do niej spakować. Najpierw pomyślałam o jedzeniu, ale zepsułoby się, spakuję je przed odjazdem. Ułożyłam na piżamie zapasowe sztylety, świece I zapałki. Może później coś mi się przypomni, ponieważ na razie nie mogłam jeszcze normalnie myśleć.
Zamknęłam za sobą drzwi I ruszyłam do Sali Treningowej. Oczywiście, zaraz w wejściu przywitał mnie zapach drewna. Idąc wzdłuż ściany nagle dostrzegłam, że wpatruje się we mnie Niall. Zmarszczył brwi, powiedział coś do ludzi stojących obok I ruszył w moją stronę. Westchnęłam.
Powiedzieć mu co się stało, czy nie? Zrozumie, kiedy mu powiem, że nie biorę go ze sobą, czy będzie zły? Serce znów zwiększyło obroty, łzy zapiekły mnie w krtani. Wróciły wspomnienia. Przy moim bracie zawsze znikała maska niezależnej, niczego nie bojącej się wojowniczki. Teraz byłam jedynie jego starszą siostrą, chcącej za wszelką cenę chronić go przed zagrożeniem, choć wygląda to tak jakby role się obróciły, ponieważ był ode mnie dużo wyższy. A może mu nie mówić? Nie będzie zadowolony, ale będę miała pewność, że jest bezpieczny. Niall od razu rozpoznał mój wyraz twarzy – na pół skwaszona, rozdarta I zmęczona. Ale to nie byłoby fair – zdałam sobie sprawę. Przecież się zdenerwowałam, kiedy mi nie powiedzieli o spisku przeciwko mnie. Powinnam mu powiedzieć.
- Co się stało? – szepnął.
- Coś strasznego, ale nie mówmy o tym tutaj… za dużo ludzi – wyjąkałam z gułą w gardle. Rozejrzałam się wokół, tylko po to żeby nie musieć patrzeć w oczy Nialla. Zawsze tak ze mną było, kiedy działo się coś złego. Stawałam się cicha I niespokojna, jak fale przy zbliżającym się sztormie.
- Chodźmy do kuchni. – zaproponował.
Pokiwałam głową.
Szłam do kuchni, jak najwolniej, by zastanowić się, jak mu to powiedzieć. Jednak widząc zmartwienie na jego twarzy przyśpieszyłam. W Stołówce było sporo ludzi, niektórzy wchodzili lub wychodzili z kuchni.
- To chyba też nie najodpowiedniejsze miejsce – powiedziałam trzymając się za łokieć. Oczywiście to było tylko zwlekanie. Niall tylko zaśmiał się ponuro I pchnął drzwi kuchni.
Obecnie nikogo tam nie było. Mój brat podszedł szybko do przeciwległej ściany. Zaczął ją klepać, co mnie bardzo zaskoczyło.
- To musi gdzieś… - mruczał nie odrywając wzroku od płytek.
- Co ty robisz? – spytałam.
- Ach, jest! – podniósł głos. Rozejrzał się I zatrzymał wzrok na mojej zdezorientowanej twarzy. Skinął na mnie palcem, więc podeszłam do niego. Wtedy to zauważyłam: guzik w ścianie. Spojrzał na mnie z tym swoim lisim spojrzeniem I wcisnął guzik, jednocześnie odsuwając ścianę. Zaśmiałam się w głos I wślizgnęłam w ciemność, a Niall za mną. Złapał mnie za rękę I ruszyliśmy bardzo ciasnym korytarzem do malutkiej jaskini wykutej w skale.
- Niall? – szepnęłam. Serce biło mi szybko z powodu tej ciszy. Nasze kroki, oddechy I szepty odbijały się echem od skały.
- Tak?
- Zapalisz jakieś światło?
Niall zachichotał wywołując kolejną falę echa I sięgnął do przodu. Przez chwilę słyszałam jakby szamotaninę I odruchowo zacisnęłam dłoń na rękojeści miecza. A wtedy rozbłysło światło, oślepiając naszą dwójkę, zmuszając do zamknięcia oczu. Serce nie zwalniało biegu ani na moment, nawet kiedy oczy przyzwyczaiły mi się do płomienia świecy stojącej na skalnej półce. Sufit był nisko I Niall musiał pochylać się by nie uderzyć o niego głową. Dla mnie był w sam raz. Usiedliśmy na przeciwko siebie, stykając kolanami, ponieważ inaczej się tutaj nie dało. Moje rozbawienie minęło I napięcie stało się wyraźniejsze.
- Co się więc stało? – spytał Niall po raz kolejny.
Przymknęłam powieki I ze świstem wypuściłam powietrze z płuc.
- Posłaniec przyniósł… wiadomość od matki. – Otworzyłam oczy obserwując jego reakcję. Źrenice mu się rozszerzyły, pochylił się do przodu.
- Złe wiadomości? Dlaczego nie mówiłaś od razu? Co napisała?
W oczach stanęły mi łzy. Spuściłam wzrok.
- Jest źle. Arkanie ją zabrali. Kevin wysyła ludzi, żeby sprawdzili czy to prawda, ale ja jestem pewna, że tak jest. Kiedy tylko wrócą, zabieram ze sobą Jeva, by pomógł mi w poszukiwaniach – wyszeptałam to wszystko prawie na jednym wdechu. Słyszałam jak oddech Nialla przyśpiesza, ale bałam się na niego spojrzeć.
- Dlaczego idziesz z nim? – szepnął. – Nie znasz go. To nie jest jego sprawa. Czemu nie idę ja, Deril albo Kevin? A ojciec? Czy on wie? – w jego głosie słyszałam rozkojarzenie, złość, szok. Powinnam była mu nie mówić.
- Lepiej będzie, gdy wy zostaniecie tutaj. Posłaniec przyszedł, kiedy razem z Jevem mieliśmy wartę, więc to, tak jakby, jest jego sprawa. Ty I reszta macie tutaj dużo roboty, ja nie mam, co robić, oprócz ostrzenia mieczy I siedzenia w przedsionku jako strażnik. I tak, ojciec wie o liście.
Siedzieliśmy w ciszy tak długo, że w końcu odważyłam się na niego spojrzeć. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest tylko zamyślony. Kiwnął powoli głową.
- Skoro tak… chyba masz rację – westchnął I uśmiechnął się słabo. Po chwili jednak spoważniał. – Boisz się o nią?
Zastanowiłam się nad odpowiedzią.
- Tak, ale… to tylko spowoduje, że będę szybciej działać. Choć, oczywiście, nie mogę o tym myśleć, jako o powodzie do roboty. Boję się o nią, ale mam nadzieję, że nic jej nie jest. – Moja wypowiedź była nieco pogmatwana, ale można było odnaleźć w niej głębszy sens. No, a przynajmniej tak mi się zdawało.

- Miejmy nadzieję – szepnął bardzo cicho Niall.

sobota, 5 kwietnia 2014

9. Plany

- Opowiedz jeszcze raz,co się stało.
Siedzieliśmy w pokoju Kevina. Zajęłam pozycję w rogu pokoju, zbyt rozdrażniona, by cokolwiek powiedzieć. Deril i ojciec wcześniej rozmawiali o czymś intensywnie, a teraz czekali na decyzję przywódcy. Przewodnik nadal był przesłuchiwany przez Kevina, który nie mógł przyjąć do wiadomości, że coś mogło stać się naszej matce. Jev także był tutaj, siedział obok mnie i patrzył, jakby przeze mnie. Jego zamyślenie byłoby dla mnie denerwujące, gdybym nie była przejęta listem.
Posłaniec westchnął, wyraźnie zirytowany i zażenowany.
- Jechałem do pani Carolin z wiadomościami od was, a ponieważ przemieszcza się coraz dalej na wschód muszę jechać coraz dłużej. Zwłaszcza, że wszędzie są Arkanie, muszę jechać tak, aby mnie nie zobaczyli. Tak więc, podróż zajęła 3dni i noce. Kiedy dojechałem na miejsce, powiedzieli mi, że została przejęta. Odebrałem jej ostatnią wiadomość i wróciłem. Cóż to tylko złożona kartka, podejrzałem co jest w środku. Gdy przeczytałem treść od razu przyśpieszyłem. No i, dwa dni później dotarłem. Tyle… - wymamrotał na koniec.
Kevin za to siedział materacu, tak zamyślony, jak nigdy. Deril znów zaczął się kręcić, tak że już nie mógł wytrzymać. Zerwał się z miejsca, czyli krzesła, które upadło, gdy wstał.
- No co czekamy?! Trzeba jechać do Sanadet!
Na te słowa wróciła mi energia. Poderwałam się i stanęłam obok brata.
- Deril ma rację. Na co czekamy? – powtórzyłam jego słowa.
- Uspokójcie się, musimy najpierw przebadać sprawę – zaoponował Kevin. Miałam ochotę kopnąć go w twarz. Co on sobie myślał? Że możemy sobie tu siedzieć, jak gdyby nigdy nic, rozmawiając nad herbatą o porwaniu naszej matki?! – Nie wiemy czy to nie jakiś głupi żart? – wymamrotał, przez co prawie wcale go nie zrozumiałam. Usiadłam znowu w kącie, objęłam uda rękami I oparłam brodę na kolanach. W tym czasie Deril podszedł do ojca, on dał mu coś I mój brat wypruł z pokoju bez słowa. Kevin tymczasem zaczął wypytywać się przesłuchiwanego o szczegóły, a Jev nadal wpatrywał się we mnie w bezruchu. Wyglądał jakby chciał mnie pocieszyć, ale bał się, że porażę go prądem.
- A może ta wiadomość to pułapka? – Mój brat uparcie nie mógł uwierzyć, że matka została porwana. Nie chciał ryzykować życia żadnego z nas. Ach, czy on nie zdawał sobie sprawy, że życie to ciągłe ryzyko? Moje pesymistyczne myśli wróciły zwiększone I jedyną moją nadzieją było to, iż matka żyje. Reszta właściwie nie miała znaczenia. Niech się dzieje co chce! Znów zerwałam się z miejsca.
- Słuchajcie, ja nie będę tutaj tak bezczynnie siedzieć. Idę się pakować, jutro jadę do Sanadet.
- Chyba sobie żartujesz, myśląc, że puścimy cię tam samą – zaoponował Joseph.
- Żartujesz sobie myśląc, że w ogóle cię tam puścimy. – poprawił go Kevin.
- Nie ma czasu na rozmyślanie I chłodne kalkulacje. To jest wojna nie gra w szachy!
- Zgadzam się z Sofie – zgodził się Jev. Nie ruszył nawet głową, tylko wpatrywał się w miejsce, w którym siedziałam. Teraz wyraźnie widziałam jego bliznę za uchem. Przeszły mnie aż ciarki. – Rozpaczanie nic tu nie da. Trzeba działać.
Uśmiechnęłam się ponuro i z wdzięcznością w jego stronę. Coraz bardziej zaczynałam go lubić.
- Jednak – ciągnął dalej – Sofie nie powinna iść tam sama. Co dwie głowy to nie jedna.
Zastanowiłam się chwilę. Faktycznie, gdybym jechała sama, musiałabym sobie poradzić, a byłoby to prawie niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, iż mogłam zginąć. Deril, Kevin i Joseph musieli szkolić i szukać Talarian, gotowych stanąć do walki oraz dbać o porządek wśród tych, którzy już dołączyli do armii. Niall jeszcze nic nie wie, może lepiej o niczym mu nie mówić. Posłaniec sprawiał wrażenie nieprzyjaźnie nastawionego, jemu nie ufałam. Nagle do głowy przyszedł mi odpowiedni partner.
- Mogę zabrać ze sobą Jeva – szepnęłam. On w końcu zaczął wykonywać jakieś ruchy. Odwrócił głowę w moją stronę, otworzył szeroko oczy ze zdumienia, powoli wstał z miejsca i podszedł do mnie tym samym tempem.
- Ja? – jęknął. Chyba żałował, że się w ogóle odezwał.
- Owszem, ty. Nie będziemy przecież mówić całej armii, że matka głównego generała została porwana, ponieważ chętnych byłoby aż za dużo. Łącznie z Niallem – popatrzyłam po twarzach pozostałych. Wiedzieli, że miałam rację. – Wy trzej musicie pilnować kryjówki. Ja nie mam co robić, a skoro Jev wie, co jest na rzeczy, to go ze sobą zabiorę.
- Hola, hola – Kevin podniósł się z materaca – kto powiedział, że dokądś jedziesz? Dopóki jesteś w mojej kryjówce, zasady wyznaczam ja – warknął. Zdziwił mnie jego władczy ton. Jednak nie dałam tego po sobie poznać, skrzyżowałam ręce na piersi I popatrzyłam na niego z góry. Atmosfera przesiąknęła gorzką złością i nutą zdenerwowania. Jev, Steven – tak miał na imię posłaniec, i Joseph przyglądali się temu z boku.
- Kevin, nie zamartwiaj się o mnie, tylko o matkę! Chcę ją ratować! Ale widać muszę to zrobić sama. Skoro nie mogę tutaj mieszkać, pakuję najpotrzebniejsze rzeczy i wyjeżdżam. Zadowolony? – stopniowo cichłam, aż w końcu z mojego gardła wydobył się tylko cichy, jak wiatr, szept. Zbliżyłam się do drzwi, ale zastawił je mój brat. Wtedy ktoś nacisnął klamkę, chcąc wejść i Kevin dostał w głowę.
- Co do jasnej… - przez szparę wcisnęła się głowa Derila. Spojrzał na brata marszcząc brwi. – Co ty wyczyniasz? Złaź z drzwi!
Kevin zszedł mu z drogi, masując głowę. – Mocniej się nie dało? – jęknął. Deril udawał, że tego nie usłyszał, choć w jego głosie słyszałam nutkę rozbawienia.
Zauważyłam, że Jev lekko się uśmiechnął.
- Chcesz powodu, by jechać do Sanadet? Proszę, mam je przy sobie. – Deril wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę papieru I klucz, który rzucił Josephowi. – Ostatni list matki. Możemy potwierdzić, czy list jest sfałszowany, po sposobie jej pisma.
Serce zabiło mi szybciej. Podeszłam do niech bliżej. Mięli przed sobą dwa rozłożone listy. Pismo na obu było takie same – kaligrafowane zawijasy, przyjazne I znajome. Tyle, że na jej ostatnim liście pośpiech był bardzo widoczny.
- Teraz już nie masz żadnych argumentów. – zwróciłam się do Kevina. Klasnęłam w dłonie. – To mamy ustalone: trzeba się spakować I jedziemy z Jevem do Sanadet.
Deril znów podszedł do ojca, pytając go dlaczego on. Ten zaczął mu szeptem tłumaczyć, co się działo, gdy go nie było.
Kevin z niezadowoleniem spojrzał na Jeva. Skrzywił się.
- Może weź Stevena. To chyba bardziej rozsądne – dlaczego jeszcze się kłócił? Westchnęłam. Zignorowałam tą propozycję i zwróciłam sie do Jeva.
- Słuchaj, nie będę cię zmuszać do wyjazdu. Będę w pokoju, muszę coś spakować. Kiedy się zdecydujesz, przyjdź.
Kevin wstał ze swojego miejsca i popatrzył na mnie.
- Nie śpiesz się tak. Nie pojedziesz dopóki nie wróci patrol, który zaraz wyślę. Jeśli nie będą mieli dobrych wieści, wyślę ciebie, posłańca … - westchnął – i Jeva.
Przymknęłam powieki. Czy on zawsze musi się o mnie tak troszczyć? Miałam o to zapytać, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Nie chciałam znów zaczynać tego tematu.
- Dobrze. Idę się pakować.

W drzwiach jeszcze raz się odwróciłam. Wszyscy patrzyli na mnie, Deril i Kevin zaniepokojeni, Joseph podenerwowany, a Jev był zamyślony, zdekoncentrowany, lekko wystraszony, ale jednocześnie znowu miał ten wyraz twarzy, którego nie znałam.

piątek, 14 lutego 2014

8. Zła wiadomość.



Nareszcie! Oczekiwałam tych słów dwie godziny! Uśmiechnęłam się z wypisaną ulgą na twarzy.
- Dzięki! – rzuciłam jeszcze na pożegnanie do Kevina.
Zatrzymały mnie jednak głosy ludzi, ale byłam już za drzwiami, podsłuchiwałam więc tylko. Najwidoczniej otrząsnęli się już z szoku.
- Wiesz kto to jest, dowódco?! – Zawołał ktoś. Dołączył do niego inny głos.
- Phi. Jak jego ojciec wiedział, to on pewnie też.
- Możecie jaśniej? – Domagał się wyjaśnień Kevin.
- Wiatr Veroniki! – Wrzasnęło kilka osób.
- Dziwi was, że jest kobietą, czy że tu jest? – Ciągnął w rozbawieniu mój brat.
- Ty wiedziałeś, generale? – Spytał go jakiś jego przyjaciel.
- Jak mogłem nie wiedzieć? To – niech tego nie mówi, niech tego nie mówi! – moja siostra.
Niech to szlag! Powiedział. Słyszałam tupot stóp, wiedziałam więc, że zaraz zaczną mnie szukać.
 Pobiegłam jak najprędzej do przedsionka, wymijając zdziwionych ludzi. Kiedy dotarłam tam, wyglądałam jak po maratonie. Czym prędzej zamknęłam drzwi i usiadłam opierając się na nich. Uśmiechnęłam się z ulgą.
Serce zabiło mi szybciej, Kiedy zobaczyłam Jeva. Podniósł głowę znad trzymanego w rękach, drewnianego, starego i w dodatku poniszczonego łuku, zrobionego z gałęzi, chyba jesionu. On na pewno nie był z Sali Treningowej. Zmarszczyłam brwi, ale nie spytałam skąd go ma. Zaczęłam patrzeć na ręcznie wyryte, krzywe wzorki na drewnie. Jev spojrzał na mnie zaciekawiony w równym stopniu, co ja.
- Co ci się stało?
- Ach, szkoda gadać –  zażenowana machnęłam ręką.
Jev wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
- Lubię historie, fajnie byłoby posłuchać jakiejś nowej.
Westchnęłam.
- Słyszałeś o Wietrze Veroniki?
- Jasne, przecież siedzi obok mnie.
Spojrzałam na niego zdziwiona i zaciekawiona za razem.
- Wieści już do ciebie doszły? – Zgadłam. Oczywiście to było niemożliwe, ale nic mnie już nie dziwiło.
- Jakie wieści? Nie, po prostu poznałem cię po stylu walki i bycia. Zawsze jesteś pewna siebie i wiesz czego chcesz.
- Kiedy ty mnie niby w walce widziałeś? – Spytałam, mile połechtana jego uwagą.
- No cóż, przed wojną często bywałaś na różnych... że tak powiem – konkursach. Rozpoznałem cię.
- Nikt nie widział mojej twarzy. Miałam ją zasłoniętą.
- Twój chód jest dokładnie taki sam jak tamtej kobiety w przebraniu. Poza tym widziałem trzykrotnie jak walczysz. Raz na arenie, drugi po tym konkursie rzucania sztyletami, kiedy to wygrałaś, a ludzie chcieli cię okraść i musiałaś się bronić i jeszcze jeden raz... kiedy uciekliśmy z bunkru – na to wspomnienie nam obojgu humor psuł się od razu.
Byłam naprawdę pod wrażeniem. Jev znał mnie lepiej niż ja jego, a jednak znaliśmy się tylko dwa dni.
- Niesamowite – szepnęłam. – Ile ty o mnie wiesz.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- No, teraz nie tylko ty wiesz o moim przezwisku – skrzywiłam się. – Przypadkowo ojciec się wygadał. Ach, teraz ich uznanie do mnie spadnie, bo wiedzą też, że jestem siostrą dowódcy.
Westchnęłam.
- A może twoje uznanie wzrośnie właśnie z tego powodu? – pocieszał mnie Jev.
Odpowiedziałam mu żałosnym uśmiechem.
Przez chwilę ciszy zaczęłam się przypatrywać dziecinnemu łukowi, który Jev trzymał w dłoniach. Przyglądał mu się, a myślami odpłynął gdzieś daleko. Jego uroda mnie uderzyła. Zwróciłam uwagę na jego rzęsy, układające się w wachlarz, czerwone usta, lekko kanciastą twarz...
- Ciekawa? – szepnął nagle. Obudziłam się rumieńcem z majaku. Spojrzałam na jego łuk, a potem na niego. Wpadło mi do głowy, że mogło mu chodzić o ten łuk, ponieważ patrzyłam się na niego tak intensywnie. Czułam się jak idiotka.
- Skąd go masz? – Zachrypiałam i odkaszlnęłam.
Uśmiechnął się lekko rozbawiony, jakby od początku wiedział, o czym myślałam.
- Sam go zrobiłem, kiedy byłem mały. Jest dla mnie bardzo ważny, dlatego gdy zaczęła się wojna, schowałem go w tym lesie.
- Nie bałeś się, że go zgubisz?
Pokręcił głową. – Znam ten las, jak własną kieszeń. Można powiedzieć, że się w nim wychowałem.
- Też zawsze lubiłam nasz las. Bardzo często bawiłam się w nim ze znajomymi. Dużo w nim kryjówek do zabaw w chowanego.
Zaśmiałam się, gdy wróciły stare, dobre wspomnienia z dzieciństwa.
- Właściwie, to ja na prawdę czasami mieszkałem w lesie. Łuk służył mi do polowań, kiedy nie miałem żadnego jedzenia w domu.
Zerknął na mnie ukradkiem, ale potem znów zatopił wzrok w swoich dłoniach.
- Dlaczego mieszkałeś w lesie? – przecież jedzenie nie było drogie, chyba, że mieszkał na ulicy. – Byłeś żebrakiem? Nie miałeś domu?
- Nie o to chodzi. Raz miałem dom, raz nie miałem. Trochę ciężko to opowiedzieć. Nie wiem czy dam radę.
- Nie musisz, jeśli nie chcesz – nie będę zmuszać ludzi, żeby na siłę opowiadali mi trudy swego życia. Moje też nie było łatwe. Parę razy mieliśmy kłopoty finansowe, mimo pomocy braci. Sama starałam się jak mogłam, wszystkie roboty, których zdołałam się podjąć, robiłam. Kupowałam materiał, jedzenie, pomagałam Niallowi w pracy, nawet jeździłam na koniu przez pół kraju, by przesyłać wiadomości i pieniądze między moimi starszymi braćmi, a rodzicami.
Jev kiwnął głową w moją stronę z wyrazem ulgi na twarzy.
Ponieważ Jev miał tylko jedną zmianę trwała ona dwie i pół godziny. Rozmawialiśmy przez ten czas o bardzo przyjemnych rzeczach, przedstawieniach na rynku, anegdotach z naszego życia.  Dowiedziałam się, że przez jakiś czas Jev podróżował między Sanadet, Veroniką, prawie nigdy nie mieszkał nigdy nigdzie na stałe, a nawet miał znajomych wśród Cyganów. Czas płynął mi szybko i przyjemnie słuchając jego opowieści. Jednocześnie moje serce nie przestawało szybko bić. W dodatku było mi trochę gorąco, co było bardzo dziwne, zważywszy na to, iż byliśmy pod ziemią. Po jakimś czasie przysunęłam się bliżej niego, właściwie trochę nieświadomie. Zauważyłam, że idą następni wartownicy, nie mogłam jeszcze rozpoznać, kim byli. Zaskoczyło mnie to, ponieważ już raz się zmienialiśmy, co oznaczało, iż Jev siedzi tu ze mną już pięć godzin. O dwie I pół godziny za długo.
Miałam mu to powiedzieć, kiedy nagle z hukiem otworzyła się klapa wejściowa. Na dworze padało, słychać było rżenie konia gdzieś w pobliżu. Była burza i piorun oświetlił całe pomieszczenie. Po kręgosłupie przeszły mi ciarki, ale zerwałam się na równe nogi.
 W otworze stała chuda, niska postać w płaszczu zapinanym z przodu na wielkie guziki, wielkości oczu. Mężczyzna zignorował schody i wskoczył prosto do pomieszczenia, gdzie czekaliśmy ja oraz Jev z mieczami w rękach.
- Kim jesteś? – spytałam nadal trochę zdezorientowana po huku jakiego narobił. Zasłoniłam korytarz plecami, ale już słyszałam zza niego głosy innych ludzi.
- Jestem posłańcem armii. Kim ty jesteś? – warknął. Choć był niższy, patrzył na mnie z góry. Stał dumnie.
- Jakie masz wiadomości? – pytałam dalej, nie opuszczając ostrza.
- Chcę się spotkać z generałem Kevinem lub Derilem, albo z jego rodziną. To wiadomość od pani Carolin.
Oczy mi się otworzyły, ostrze opadło, serce zabiło szybciej. Podeszłam do niego powoli, chowając miecz z powrotem do pochwy.
- Jestem jej córką. Czy to starczy? – szepnęłam, patrząc, jak posłaniec wyciąga zgiętą w pół kartkę z pod płaszcza.
- Czy ktoś to może potwierdzić? – uniósł pytająco i podejrzliwie jedną brew, nie zważając na moją reakcję.
- Prawdopodobnie, każda przechodząca tędy osoba – powiedział Jev.
Właśnie wtedy do pomieszczenia wbiegli Kevin, Deril i Joseph.
- Co się tutaj dzieje? – Kevin spojrzał najpierw na szalejącą za dziurą burzę, potem na mnie i na końcu na posłańca. Na Jeva nawet nie zerknął. Zdawało mi się, czy go nie lubił?
- Wiadomość do ciebie, sir. – odezwał się z szacunkiem posłaniec.
- Nie mogłeś jej dać mojej siostrze?
- Ależ nie wiedziałam, iż jest pańską siostrą.
- Ach, teraz już wiesz. – Joseph wyrwał mu z ręki kartonik. Otworzył go i zaczął czytać. A właściwie to tylko się w niego wpatrywał w osłupieniu.
- Tato? Czy coś się stało? – zaniepokoiłam się. Deril już nerwowo podrygiwał, Kevin znów zmienił się w miedziany posąg, a Jev patrzył się na mnie. Na chwile nasze spojrzenia się spotkały, ale odwróciłam wzrok, wpatrując się w nieprzytomnego ojca. Wyrwałam mu kartkę, a on nawet nie zareagował.
Tylko na nią spojrzałam, ponieważ było na niej napisane jedno słowo:
Pomocy!
Podałam kartkę innym, sama ledwie trzymałam się na nogach.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

7. Wiatr Veroniki.

- Chwila – rzuciłam sznurując but.
Zakładając drugi but bez pośpiechu, pukanie rozległo się znowu. Kiedy myślałam czy wkładać płaszcz, osoba stojąca za drzwiami nie wytrzymała i wpadła do pokoju.
            Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że tą osobą jest Luke. Trzymałam w rękach płaszcz, a teraz zarzuciłam go na ramiona. Nie wiem czemu, lecz gdy tylko go zobaczyłam zrobiło mi się zimno. Zupełnie inaczej niż przy Javie. Luke, zawsze gdy się pojawiał, rozlewał wokół siebie jakąś dziwną falę tajemniczości. Trudno było to opisać. Jego twarz była jak świeżo pomalowana ściana – nie dało się z niej nic wyczytać.
            - Czego chcesz?
            - Yyy… - wpatrywał się we mnie niepewnie. Wreszcie jakieś ludzkie uczucia.

            - Tak się dobijałeś i tylko tyle masz do powiedzenia?
            Potrząsnął głową. I znowu przybrał tą maskę.
            - Kevin chce żebyś przyszła na Stołówkę – rzucił z pozoru obojętnym tonem.
            - A czy on przypadkiem nie myśli, iż śpię? – Spytałam uprzejmie jadowitym tonem. Właściwie nie wiem, dlaczego nie lubię Luke’a. Po prostu jego dumna postawa, odważny krok jak u samca alfa, jest cholernie irytujący. A on jeszcze wyżej zadarł głowę.
            - Poznałaś dzisiaj Ernie’go. – Pewność jego głosu była prawie namacalna.
            - Śledzisz mnie? – Byłam rozbawiona.
            - Po co? Ernie to straszny plotkarz. Jak potrzebujesz informacji, idziesz do niego – zaśmiał się nieprzyjemnie. Dlaczego musiałam trafić na niego? Czemu to nie mógł być najbardziej nieśmiały facet w armii? Wzniosłam oczy do nieba. Wymamrotałam coś, ale w końcu wyszłam z pokoju i zatrzasnęłam za Lukiem drzwi. Jedno nie dawało mi spokoju.
            - Czemu wysłał ciebie? Przecież chyba nie jesteś jego prawą ręką – zastanawiałam się głośno. Do głowy przychodził mi tylko jeden powód, chodź pewnie strasznie głupi – że Kevin i Deril chcą mnie zeswatać z Luke’iem. Właściwie to jakiś sens to miało, kiedy przypominałam sobie jego zachowanie wczoraj w przedsionku, gdy mi go przedstawiał. Podrapałam się w podbródek.
            Spojrzał na mnie urażony. Nic nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie z uniesioną wysoko głową, nie patrząc, czy idę za nim. Uśmiechnęłam się złośliwie. Delikatna ta paniusia.
Tymczasem w Stołówce zaraz przy wejściu siedzieli: Kevin, Deril, Joseph, Jev, Ernie, Jace, Asal, Ignacio i jeszcze kilka osób, których imion nie znałam. Luke siedział zamyślony, wpatrując się w stojący przed nim gliniany kielich. Oczywiście dowódca siedział u szczytu. Rozmawiali ze sobą w grupach, więc gdy weszłam słychać było jeden wielki szum przypominający spadającą wodę. Skinęłam do wszystkich głową, patrząc na jedzenie. Rozejrzałam się jeszcze raz.
Niektórzy patrzyli na mnie… dziwnie. Mieszanka zdziwienia, zadumy i… czyżby podziwu? Zmyślam, powiedziałam sobie. Ziewając usiadłam między Derilem, a Javem. Uśmiechnął się do mnie nieśmiało. Odwzajemniałam uśmiech, lecz trochę odważniej.
- Dzień dobry, mała – Deril pełen energii zajadał chleb z czymś, co zapewne jest schabem. Szczerze mówiąc sama nie wiem, co wtedy jadłam. Wszystko było gumowate, żylaste lub lekko suche. Jednak po tygodniu żywienia się prawie zepsutą fasolą, była to dla mnie prawie królewska uczta. – Jak się spało?
- Dobrze, dziękuję. Coś się stało? Gapicie się na mnie jakbym była jakimś zmutowanym kotem – zażartowałam. Wiedziałam, że nie był dobry ani mądry – raczej się na tym nie znałam, ale pojęli aluzję. Już się mną nie interesowali, rozmawiali z Kevinem. Gdy się najadłam zaczęłam wpatrywać się w Ernie’go. Po chwili chyba się zorientował, bo uporczywie patrzył w mojego brata, co jakiś czas kręcąc oczami to w moją to w jego stronę.
- Skąd wiedzieliście, że wstałam? – Udawałam, że głośno się zmyśliłam. Ernie od razu się zorientował, że mówię o nim – spiął się cały. Oczywiście cała reszta śmiała się z niego. Ja też. Ernie zachichotał i pokręcił głową.
- Dobra, przyznaję się. Ale wiesz, gdyby nie ja, padłabyś z głodu.
- Dzięki – i znowu wszyscy się śmialiśmy.
Postanowiłam zadać pytania, których nie zadałam wcześniej.
- Macie tu zwierzęta?
- Hodujemy je w środku lasu, niedaleko pól – odpowiedział Joseph. – Arkanie zaczynają tracić przewagę. Mają może kilka tysięcy ludzi, ale my mamy ducha, wiele razy silniejszego niż oni! – ryknął rozlewając zawartość glinianego kubka na najbliżej siedzące osoby, które schyliły się, gdy zamachał  nim znowu. Wszyscy spojrzeli na niego lekko zaskoczeni, a po chwili ciszy zaczęliśmy odczuwać pocieszające słowa i zaśmialiśmy się.
- Największego ducha masz chyba ty, ojcze – Deril zażartował.
- Jak to jest z tymi kąpielami? – ciągnęłam dalej.
Odpowiedział mi Jace. Nie mogłam się przyzwyczaić do jego wiecznie ironicznego uśmiechu.
- Czystej, ciepłej wody nie mamy za dużo. Kąpiel raz na dziennie. Nie więcej. Z wyjątkiem twojego ojca – wskazał na niego patykowatym paluchem i odrazą wymalowaną na twarzy. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy znów usłyszałam jego skrzeczenie. – Codziennie siedzisz na tej sali od trenowania i pocisz się jak wieprz – rzucił do niego. Joseph spojrzał na niego wilkiem, a reszta obecnych zachichotała. Poczułam, że trzeba zmienić temat zanim ojciec wybuchnie.
- Czy jest jakaś reguła, o której nie wiem, a powinnam?
- Raczej nie. Wszystkich informacji dowiesz się w przedsionku. Smakuje ci to? – Kevin zmarszczył nos patrząc na kawałek jakiegoś mięsa, który miałam w ręku. Właściwie to nie wiedziałam nawet, że trzymam go w ręku. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam rzuć to coś czymkolwiek było. Smakowało jak guma ale spróbowałam się uśmiechnąć.
- Smakuje – przęknęłam z trudem następny kawałek.

Po śniadaniu odciągnęłam Kevina na bok. Przeprosił towarzyszy i poszedł ze mną na koniec Sali.
- O co chodzi?
- Kiedy mam wartę przy wejściu? – Przeszłam od razu do rzeczy.
- Jeszcze nie ustaliliśmy…
- A ty i Deril?
- Za chwilę – brat spojrzał na mnie zdziwiony.
- Razem czy osobno?
- O co ci chodzi? – Spytał po raz drugi.
- Po prostu… wiesz, że według mnie zwykłe „przepraszam” nie starczy. – Miałam cichą nadzieję, że zrozumiał. Spojrzałam na niego. Napięte mięśnie, (co zauważyłam dopiero teraz) rozluźniły się. Zrozumiał. Chyba przez chwilę mignęło mu przez twarz niezadowolenie, ale mogłam je sobie zmyślić.
- Dobrze. Jeśli tak bardzo chcesz za pół godziny mam wartę. A jeśli chodzi o Derila to musisz z nim pogadać. I…też chciałbym cię przeprosić. Powinienem był ci powiedzieć. – uśmiechnął się szeroko i poszedł przekazać Derilowi, że go zastępuję.
Pogadałam też z Derilem i teraz będę miała pięć godzin warty na przemyślenia oraz dodatkowe dwie oczekiwania. Nie wiem, dlaczego, ale moje podniecenie rosło z minuty na minuty. Nareszcie jakaś robota! Przez ostatnie czas musiałam powstrzymywać chęć strzelania kostkami w palcach chodź pozbyłam się tego nawyku parę lat temu. Pięknie.
Z niecierpliwością wyczekiwałam Derila lub Kevina oglądając broń do ćwiczeń niedaleko drzwi w Sali Treningowej. Wszystkie były z drewna i sznurków umieszczone w hakach różnej grubości i wielkości. Każdy rodzaje broni był osobno. Moim ulubionym zawsze były miecz. Bardzo dbałam o swój. Sztyleciki, zrobione przez tatę także często się przydawały, a więc ich także nie mogłam zaniedbywać.
Popatrzyłam na środek ogromnego pomieszczenia. Tylko tutaj chyba zawsze było tak tłoczno. Większość walczyła w parach lub mniejszych grupach lecz na środku grupka, głównie mężczyzn, przypatrywała się z uśmieszkami walce pomiędzy Josephem, a jakimś innym mężczyzną. Ojciec, tak jak powiedział Deril, był jednym z najlepszych. Właśnie kosił trzeciego przeciwnika ścinając go z nóg. Uśmiechnęłam się. Wszyscy się go bali, podziwiali i próbowali się z nim siłować, ale Joseph zawsze był szybszy, silniejszy oraz sprytniejszy. Przypominał posturą i zachowaniem byka, któremu przed oczy rzucono czerwoną płachtę. Rozśmieszał wszystkich wokoło językiem i walką. Przyglądałam się temu siedząc pod sianą ze skrzyżowanymi nogami i głową opartą na wewnętrznej stronie dłoni.
Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Mogłabym się trochę poruszać i rozbawić resztę. Zerwałam się z ziemi. Przeszłam przez pomieszczenie i ściągnęłam ze ściany drewniany miecz.
- Kto teraz? – ojciec miał świetną zabawę mimo, że widziałam jego sklejone potem czoło oraz włosy. Poliki miał zaróżowione, a jego klatka piersiowa unosiła się szybciej niż powinna. Zaśmiał się jednak I spróbował to ukryć.
Ludzie patrzyli po sobie, większość już zmęczona i posiniaczona. Niektórzy siedzieli lub leżeli na podłodze i dyszeli z wyczerpania. Jednak uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Za to podziwiałam Talarian – lwia duma i optymistyczne myśli często wyprowadzały nas z kłopotów, może wyprowadzą nas i tym razem. Ta pocieszająca myśl była dla mnie jak światełko w ciemnym tunelu.
- Ja! – krzyknęłam.
Joseph odwrócił się zaskoczony. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Jego mięśnie się napięły tak jak moje. Nagle poczułam się tak jakby ktoś wstrzyknął mi końską dawkę adrenaliny.
- Co ty na to? Ojciec kontra córka? – wyszeptałam z figlarnym uśmieszkiem. Pewnie Ernie zdążył wszystkim wygadać, ale nie miałam ochoty tego sprawdzać.
- Z wielką chęcią – ryknął po swojemu ojciec. Kątem oka widziałam zaciekawione twarze Talarian. Niektórzy patrzyli na mnie z przestrachem – fakt byłam trochę chuda, mniej więcej  dwa razy chudsza od taty – inni czekali na rozwój wydarzeń.
Tymczasem ojciec już czekał skupiony z mieczem wyciągniętym w moim kierunku. Poszłam za jego przykładem. Patrzyliśmy na siebie jak na lustro. Teraz już nie widziałam niczego prócz ojca i jego miecza. Moje oczy rejestrowały każdy jego ruch. Wykonałam krok do przodu…
Zaczęła się walka. Jednak przypominała ona bardziej taniec niż bitkę na drewniane miecze. Miecze cięły powietrze ze świstem. Zgrabnie unikaliśmy oraz atakowaliśmy się. Pot wstępował na moje czoło już po kilku minutach, a nasz “taniec” trwał już ponad dziesięć minut. Jednak nie przejęłam się tym, gdyż właśnie dostrzegłam słaby punkt przeciwnika. Joseph nie zakrywał pleców. Przez chwilę tylko odpierałam jego silne ataki. Potem jednocześnie przycisnęłam miecz do piersi i obróciłam się kilka razy. On zdezorientowany nie zrozumiał, co próbuję zrobić i nie wcelował. To właśnie była szansa. Wytrąciłam mu miecz z ręki własnym. Wygrałam.
I na powrót znalazłam się w Sali Treningowej w otoczeniu Talarian z armii Kevina. Niektórzy śmiali się w głos inni byli na to zbyt zdziwieni. Joseph zaliczał się do obu grup. Uśmiechnęłam się szeroko i zachichotałam. W głębi tłumu – który rozrósł się bardziej, co zauważyłam dopiero teraz – zauważyłam Jeva. Patrzył na mnie… nie umiałam tego rozpoznać, lecz na widok jego miny serce zabiła mi szybciej, tak że musiałam odwrócić wzrok.
- Nieźle, Wietrze Veroniki – pochwalił mnie ojciec. Oczywiście mówił to swoim donośnym basem i wszyscy go usłyszeli. Joseph zakrył usta dłonią, a jego oczy wyrażały „Ale ze mnie debil! Przepraszam!”.
Wytrzeszczyłam oczy i szybko rozejrzałam się po Sali. „To ona?” Słyszałam szepty, które zmieniły się gwar. Zaklnęłam pod nosem i z kwaśną miną spojrzałam na Josepha.
- Baardzo ci dziękuję – sarknęłam, choć nie byłam zła. Co najwyżej zażenowana.
Ludzie podeszli bliżej, jednak zachowali ostrożność. Westchnęłam.
- Naprawdę?! To ty jesteś Wiatrem? – spytał się Luke (wciąż zły za ranek), którego nie dostrzegłam wcześniej. – Nie wierzę! – zaśmiał się z pogardą. Łajdak.
Na mojej twarzy odmalował się gniew. Naprawdę, coraz mniej go tolerowałam.
- Chcesz się przekonać? – Zagroziłam zimnym głosem.
- Ha! Dałaś radę ze starcem, co nie znaczy, że dasz radę ze mną, panienko! Broń się!
Dobył broni, lecz stałam tylko, nie poruszając się. Nadal uśmiechając się pogardliwie, wycelował...
I leżał na podłodze. Oparłam kolano na jego klatce piersiowej, miecz trzymałam przy jego szyi. Jego leżał po drugiej stronie okręgu, w który ustawili się ludzie. Oczy miał szeroko otwarte, dyszał ze strachu. Sparodiowałam jego wcześniejszy uśmiech i podniosłam się na nogi.
Niektórzy byli pełni podziwu, inni strachu, a Joseph – zadowolony i dumny. Zaśmiał się. Powoli skierowałam się do wyjścia – nie miałam najmniejszej ochoty dzisiaj tu siedzieć.
- Kto tu jest panienką, palancie? Idź piec bułki, tylko uważaj żeby ci mąka do oczu nie wpadła, bo się popłaczesz – sarknął mój ojciec do Luke’a. Ci którzy otrząsnęli się z szoku zaśmiali się, inni nadal po prostu stali. - Dobra, kto następny? Jestem gotowy, no dalej. – Ryknął Joseph i wyciągnął drewniany miecz. Nikt się nie poruszył.
 Wtedy do Sali wszedł Kevin. Jak zwykle wyglądał świetnie z rozrzuconymi na wszystkie strony blond włosami i niebieskimi oczami. Ludzie patrzyli na niego z podziwem tak jak ja. Nie ma co się dziwić. Zawsze był jak rycerz: uprzejmy, bardzo pomocny, życzliwy, poza tym był najmłodszym dowódcą talariańskiej armii i dostał się na dwór królewski. Tam polecił władcy Derila, który różnił się od brata swym wyjątkowym poczuciem humoru. No i oczywiście sposobem walki.
Kevin rozejrzał się po pomieszczeniu, uśmiechając się, gdy mnie ujrzał. Odetchnęłam na jego widok i jednocześnie powróciła do mnie narastająca ciekawość.

- No, wreszcie cię znalazłem. – Powiedział Kevin. - Twoja zmiana już się zaczyna.

wtorek, 21 stycznia 2014

6. Łaźnie.

    Obudziłam się, cała zesztywniała, z bijącym sercem lecz mimo tego wypoczęta. Przypominało mi się, jak kiedyś po długim treningu, z bolącym krzyżem zasnęłam na sofie, która szczerze mówiąc nie była najwygodniejsza. Następnego ranka czułam się jak po akupunkturze, przeprowadzonej przez niewidomego. Tak, to było o wiele gorsze doświadczenie. Przeciągnęłam się, usiadłam na łóżku i dopiero wtedy przypomniałam sobie wszystkie wydarzenia, zaczynając od kilku dni wstecz. Najpierw chłód schronu dla mieszczan, następnie smród tuneli, zapach krwi Arkanów, otrzeźwiające powietrze w lesie, spojrzenie Jeva na tle Nocnej Pochodni… potem kryjówkę, aż w końcu świadomość wysłała mi sen, z którego szponów właśnie się wyrwałam.
     Jev mnie pocałował. A mnie się to podobało...
     Nie! Starałam się nie wracać do tego wspomnieniami. Ciemność mnie oślepiała. Gdzie ja jestem?
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. A raczej spróbowałam się rozejrzeć. To był pewnie mój pokój. Mój wzrok jeszcze nie przyzwyczaił się do tych przerażających ciemności, więc po omacku poszukałam komodę. Gdy w końcu do niej dotarłam znalazłam na niej świecę i zapałki. Zapaliłam knot i dopiero wtedy rozejrzałam się po pomieszczeniu.
     Niczym nie różniło się ono od tego, w którym przed chwilą siedziałam z ojcem. Ściany tak jak tam były wyłożone drewnem, podłoga także. Unosił się tu zapach drzewa (a jaki niby miałby być inny), ale nie czuć było potu. Pomieszczenie było świeżo sprzątnięte. Przynajmniej takie wrażenie sprawiało. Na podłodze leżał identyczny materac, jaki widziałam w pokoju taty, szafa i komoda również. Tak jak myślałam: niczym nie różnił się od innych sypialni.
     Popatrzyłam jeszcze raz na blat komody. Oprócz świecy, która teraz była tu jedynym źródłem światła, leżał mosiężny klucz. Z boku wyryta była liczba 77. Numer pokoju, domyśliłam się. Zerknęłam na swój strój. I zauważyłam, że nie mam na sobie swojego płaszcza, długich butów, wełnianego, ubrudzonego krwią swetra, ani grubych spodni, tylko przewiewną koszulę nocną. Moje buty stały przy materacu, byłam boso.   Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, iż leży na mnie jak ulał. Ciekawe jak wyglądała moja twarz…
     Położyłam się z powrotem na materacu i wpatrując się w sufit myślałam o tym jak Jev złapał mnie w lesie. Znów widziałam przed oczami dwa głęboko osadzone rubiny, wpatrujące się we mnie z taką… intensywnością. Postanowiłam przestać blokować drogę mojej podświadomości i przypomnieć sobie mój bardzo, bardzo dziwny sen.
     Zastanawiałam się, czemu płakałam nad tym listem. Co w nim było? Tym się trochę zaniepokoiłam. A Jev… tego się nie spodziewałam. Jest w nim coś, czego nie mogłam rozszyfrować. Jak zawsze, nie umiem odgadywać uczuć ludzi. A jednak nie mogę sobie przypomnieć czy wcześniej kiedykolwiek widziałam by ktoś patrzył na mnie takimi szklistymi oczami. We śnie chciałam go pocałować, gdy tylko go zobaczyłam, co teraz przyprawiało mnie o ciarki. Jednocześnie serce zabiło mi szybciej. A co jeśli…
     W mig zastąpiłam tę myśl inną. Ale nie lepszą, ponieważ na myśl o tamtych ludziach, którzy zginęli przeze mnie... Tak, to była moja wina. Mogłam zaczekać, wybić Arkan, załatwić transport dla Talarian... Wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka. Jak mogłam być tak głupia?
     - Przepraszam – powiedziałam kierując to słowo do tych wszystkich ludzi. Przypieczętowałam to łzą, która niespodziewanie spłynęła mi po policzku. Wiedziałam, że w żaden sposób im tego nie wynagrodzę, jednak pozwoliło mi to zagłuszyć odrobinę wyrzuty sumienia. „ Jestem okropna”.
     Z westchnieniem podniosłam się z materaca, przeszłam przez pokój i otworzyłam komodę. Ze zdziwieniem patrzyłam na swoje ubrania, równo poskładane. W następnej szufladzie leżały bawełniane ręczniki. Wzięłam jeden z nich i wyszłam z pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym je obejrzałam. Drewniane, z wyrytą liczbą 77. Obejrzałam drzwi wokół. Z lewej numer 76, z prawej 78. Ruszyłam w stronę, z której malały. Zaczęłam szukać „łaźni”, co zajęło mi chwilę. Kiedy w końcu ją znalazłam, ucieszyłam się bardzo. Śmierdziałam jak mokry pies. Albo nawet gorzej. Z ulgą weszłam do środka.
     Pomieszczenie okazało się być kolejnym korytarzem wypełnionym kabinami. Oczywiście i tu musiało pachnieć drewnem, dodatkowo pomieszanym z potem. Było tu parę osób, słychać było jak ktoś przelewa wodę. Podreptałam boso do pierwszego z brzegu przedziału i rozejrzałam się po jego wnętrzu. Było małe, oddzielone od innych kabin jedynie cienką drewnianą ścianką niesięgającą do niskiego sufitu. Jednak nie tylko w podłogę w kuchni były powsadzane te dziwne kafle. Na środku stała mała ale szeroka marmurowa wanna. Położyłam na niej swój ręcznik i ubranie. A gdzie woda? Wyszłam z powrotem na korytarz.   Przechodził tamtędy akurat jakiś barczysty, czarnoskóry mężczyzna o szarych oczach. Był łysy, co mnie trochę zdziwiło, ale nie dałam tego po sobie poznać.
     - Przepraszam, skąd mogę wziąć gorącą wodę?
     Żołnierz zatrzymał się. Powiódł zdziwionym wzrokiem po mojej bawełnianej piżamie.
     - Nie wiesz? – Spytał niskim głosem.
     - Nie bardzo – szkoda, że nie umiałam powstrzymać tych rumieńców.
     - Pokażę ci. Chodź. – Skinął na mnie ręką.
     Ruszyłam za nim w głąb łaźni. Cisza znowu dzwoniła mi w uszach. Żołnierz jakby czytał mi w myślach, ponieważ ją przerwał.
      - Wiesz, przypominasz mi generała Kevina.
      Uśmiechnęłam się słabo. Znowu to samo.
       - Jestem jego siostrą. – Przyznałam z zażenowaniem. Ile osób mi już to mówiło? Nie zliczę ich na pewno teraz.
      Oczy mężczyzny rozszerzyły się.
       - To on ma siostrę? Widziałem tego, co wygląda jak szczur, ale nie wiedziałem, że ma siostrę.
      „Tego, co wygląda jak szczur”? Zaśmiałam się w duchu. Więc nie tylko ja to zauważyłam.
       - Tak, raczej się mną nie chwali – zaśmiałam się lekko.
       - Szkoda, bo jesteś całkiem ładna – oczywiście od razu złapałam aluzję. Przez krótką chwilę miałam ochotę przestawić mu nos. Rozdziawiłam świerzbiące palce, zacisnęłam je w pięści, powstrzymałam zamach. W końcu muszę się umyć…
      - Czyli nie wspominał również, że potrafię posługiwać bronią tak samo jak on? – Uporczywie wpatrywałam się w przód korytarzyka. Chciałam uśmiechnąć się łobuzersko, ale się powstrzymałam
     - Phi, jasne, bo taka chudzina jak ty...
     Nie dokończył, bo już leżał z głową przyciśniętą do podłogi moim kolanem.
     - Mówiłeś coś? – zamruczałam z zadowoleniem i w chwili, gdy otworzyły się drzwi od czyjejś kabiny, puściłam go, a on szybko się podniósł z podłogi. Mężczyzna wychodzący na korytarz niczego nie zauważył, ale flirciarz miał zaskoczoną twarz i z szacunkiem pokręcił głową. Nie mogłam dłużej powstrzymać uśmiechu.
      Nie zraziło go to, tylko się opamiętał i zmienił temat. Przyjemnie słuchało się jego bezsensownej gadaniny, uśmiechałam się. Mogłam spokojnie pomyśleć, kiedy nie było tak cicho. Mój przewodnik nazywał się Ernie, był kowalem, (co tłumaczyłoby jego bary) przyjaźnił się nawet z moim ojcem. Chwalił go i opowiadał jedną z historii, z przed wojny, której nie powtórzę, ponieważ nie słuchałam dokładnie. Zdawał się być całkiem miły. Zauważyłam, że przypominał trochę wielkiego miśka - jak Deril.
            Dotarliśmy do końca łaźni. W ścianie, naprzeciwko której staliśmy znajdował się otwór, trochę przypominał mały sklep. Na ladzie stały drewniane wiadra. W oknie stał jakiś facet, na nasz widok uniósł siwe brwi. Jego twarz zarosła brodą i zmarszczkami, które pokrywały również chude, długie palce. Długo nie widział słońca, był blady jak trup. Włosy wisiały wokół jego głowy, jak martwe węże.
            - Ernie, przed chwilą tu byłeś – rzucił do mojego przewodnika. Jego głos brzmiał jak rechotanie żaby. Spojrzał na mnie. Włosy zafalowały wokół jego twarzy. – Ciebie tu nigdy nie widziałem.
            - To dłuższa historia – szepnęłam.
            - Lubię takie. Zwłaszcza, gdy jemu – wskazał na Ernie’go patyczkowatym palcem – coś się w nich dzieje – uśmiechnął się przy tym złowieszczo, z dumą i pogardą. Już na pierwszy żut oka było widać, iż się nie lubią.
            - Ugrzejesz trochę wody, czy będziesz tak stał i gadał jak stara kwiaciarka, Jace? – odburknął zniecierpliwiony Ernie. Jace, zmrużył na chwilę oczy i wpatrując się w niego gniewnie, a potem mamrocząc coś pod nosem o niecierpliwości głupich, wycofał się do środka okna.
            - Czyli, że zawsze, kiedy będę szła się myć muszę iść tutaj po wodę i czekać aż on ją zagrzeje? – Jace nie wydawał się być przyjacielski. Właściwie to był przeciwieństwem Ernie’go, który był tak ufnie nastawiony.
            - Tak, potem wiadro odnosisz z powrotem tutaj, nie zapomnij. Jace nienawidzi, kiedy zostawia się wiadro w kabinie – uśmiechnął się drwiąco. Widać było jak na dłoni, że za nim nie przepada. Patrzył się w środek dziury.
            - A co z brudną wodą?
            - Tym to się już zajmuje Jace.
            Kiwnęłam głową. Dziwny był ten…
            - Czy jego praca jakoś się nazywa?
            - Woźny.
            Zaśmiałam się.
            - Nie wygląda na zadowolonego z pracy.
            Ernie wzruszył ramionami. Spojrzał na mnie.
            - Jak masz na imię? – spytał nagle.
            Rozważałam przez chwilę czy mu powiedzieć. W końcu jest z armii…
            - Sofie.
            - Miło mi było cię poznać, Sofie – uścisnęliśmy sobie ręce, z serdecznymi uśmiechami na twarzy. – Poradzisz sobie z Jase’em? Muszę lecieć.
            - Jakoś dam radę. Dziękuję, Ernie. Do widzenia.
            Ruszył w kierunku wyjścia nie oglądając się za siebie.
            Po kilkunastominutowym czekaniu na wodę zaczynałam się niecierpliwić. Na szczęście Jace właśnie wrócił z dwoma kubłami wody.
            - Poradzisz sobie, czy ci pomóc blondyneczko? – spytał zadziornie woźny. Uśmiechał się przy tym drwiąco. Trochę się zirytowałam, ale oparłam się tylko łokciami o blat i udając, że czyszczę paznokcie rzuciłam:
            - Jasne, moja kabina znajduje się na końcu korytarza. Dzięki, staruszku. – takim sposobem Jace nie odezwał się do mnie później ani razu, co właściwie było bardzo przyjemne, bo nie tracił czasu na gadanie. Poza tym jego rechotanie jest wprost nie do zniesienia. Schował się do środka, jakby się rozpłynął w czerni, mrucząc coś znowu pod nosem. Z chichotem złapałam za wiadra i zaniosłam do kabiny. Czułam na sobie jego gniewny wzrok, którym starał się przewiercić moje plecy na wylot. Korytarz był dość długi, więc zniknęłam mu niedługo z oczu.
            Postawiłam wiadra na podłodze obok wanny i przeciągnęłam do tyłu. Kręgi w kręgosłupie postrzelały mi. Niesienie kubłów z wodą było męczące. Następnym razem wybiorę jakąś kabinę na drugim końcu korytarza.
            Jeszcze raz rozejrzałam się po „pomieszczonku”. Nic się nie zmieniło. Czemu by miało, przeszło mi przez myśl. Tyle, że dopiero teraz, ze zdziwieniem zauważyłam na ścianie lustro. Nie było czyste, a na boku ciągnęła się rysa.
Przez chwilę wpatrywałam się w ściągniętą zdziwieniem twarz w zwierciadle. Brązowe, silne oczy odbijały wszystko, na co patrzyły, czereśniowe usta były lekko rozchylone, włosy wyglądały jak tysiące jasnych ostro zakończonych sztylecików zwisających w pasie. Wszystko podkreślała opalona skóra, która byłaby ciemniejsza gdyby nie siedzenie przez tydzień pod ziemią. Nie byłam ładna. Odkąd ostatnio widziałam lustro minęło przeszło półtora tygodnia, schudłam od tego czasu, moja twarz poszarzała, pod oczyma miałam ciemne wory, a włosy były poplątane. Krzywiąc się z tęsknoty za grzebieniem, związałam ciasno włosy rzemykiem.
Niespodziewanie zaburczało mi w żołądku. Tak zamyśliłam się nad stanem mojego, „zewnątrz”, że zapomniałam o „wewnątrz”. Miałam ochotę głośno się zaśmiać, ale się powstrzymałam. Zabrałam się do wlewania wody do wanny.
            Po umyciu się wróciłam do swojego pokoju. Założyłam zwykłą luźną damską tunikę i bawełniane spodnie. Ubierając się w moje buty usłyszałam pukanie do drzwi. 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

5. List

     Wyszłam szybko na korytarz. Przy tym tempie deski wbite po obu stronach korytarza zlewały się w jedno. Nie do końca świadomie szłam do Sali Treningowej. Gdy tam weszłam postanowiłam poszukać ojca i Nialla. Kevin mówił, że gdzieś tu są. Muszę ich tylko znaleźć.
     Nie zabrało mi to dużo czasu – ludzie byli ustawieni w okręgu krzyczeli i gwizdali, spoceni ale czymś podnieceni. Machali rękami, wzrok utkwiony mieli gdzieś w środku zamieszania.
     Przepchnęłam się przez tłum na sam środek. Było to trochę trudne ze względu na to, że cokolwiek tam się działo, pochłaniało ich uwagę i parę razy oberwałam w różne miejsca. Kiedy na reszcie przepchnęłam się do środka, byłam cała obolała, jednak na moją twarz wstąpił szeroki uśmiech, a moja złość uleciała, jak gdyby ktoś ją przejął ode mnie.
     Tata i Niall stali pochyleni i skupieni na sobie z mieczami wyciągniętymi na długość ramienia. Jak widać już długo walczyli, ponieważ obaj dyszeli ze zmęczenia, a na ich czołach widać było pot. Śmiali się wymachując mieczami z drewna.
     Ojciec był wysoki i umięśniony jak na kowala przystało. Wyglądał bardzo przystojnie z niebieskimi, troskliwymi oczami, (które odziedziczyli po nim Deril i Niall) jasnymi, siwiejącymi włosami, oraz opaloną skórą. Nie przypominał wyglądem mięśniaka, lecz troskliwego, uczciwego człowieka. Jedyna zmianą, jaką zauważyłam był strój. Był ubrany jak żołnierz: ciemna, wełniana koszula, gruba także ciemna marynarka oraz spodnie z tego samego materiału. Na biodrach zawiesił pas na miecze i noże.
     Niall, chodź najmłodszy z naszej czwórki, był najwyższy. Jego wygląd pasował do zawodu: szczurza twarz, ciemne włosy z blond pasemkami tu i ówdzie oraz jasne, błyskotliwe oczy. Jego ubranie było podobne do odzienia ojca (i całej armii), tyle, że był strasznie chudy i wygimnastykowany, więc kiedy stał obok taty wyglądał dziwnie.
     Zaczęłam się śmiać żeby „dyskretnie” zwrócić ich uwagę. Pierwszy zauważył mnie Niall. Splotłam ręce na piersi i przekrzywiłam swój uśmiech na lewą stronę. Zamurowało go to i ojciec wymierzył drewnianym mieczem w jego brzuch. Niall jęknął zaskoczony i padł na plecy. Wśród tłumu rozszedł się ryk, a na twarzy taty zagościł szeroki, zadowolony uśmiech. Pomógł wstać nadal skołowanemu synowi, który wciąż wpatrywał się we mnie. Tłum powoli się rozchodził.
     Postanowiłam podejść do taty i brata. Niall ogarnął się z szoku i wskazał na mnie. Ojciec podążył za jego wzrokiem. Tak jak on skamieniał na mój widok. Podbiegł do mnie i zamknął w niedźwiedzim uścisku.
     - Sofie, kochana! Tak się cieszę, że cię widzę! – ryknął. Ścisnął mnie jeszcze mocniej i odciął dopływ powietrza do płuc.
     - Ddd…uu… - spróbowałam mu to wyjaśnić. Ale on tylko ściskał mnie i ściskał.
     - Ta… jaa… s… du…du… - próbowałam podnieść głos. Niestety ojciec coraz głośniej cieszył się, że nic mi nie jest i mówił, jaki jest szczęśliwy, że nic mi się nie stało. Do oczu napływały mi łzy i coś, co wyglądało jak czarny śnieg. Dziwne, że ojciec jeszcze się nie zorientował.
     Do akcji wkroczyli Jev i Niall. Tego pierwszego w ogóle nie zauważyłam. Byłam skupiona na zwracaniu na siebie uwagi. Tłum już się rozszedł zostali tylko mój brat i niedawno poznany mężczyzna. Byli bardzo rozbawieni.
     - Joseph, puść ją wreszcie. Całą twarz ma siną – Jev śmiał się przy tym. Gdybym mogła oddychać zmyłabym mu ten śmiech z ust. Ale i tak byłam mu wdzięczna.
     Ojciec w końcu mnie puścił. Przez niedotlenienie przed oczami na przemian pojawiały się i znikały czarne plamki. Usiadłam, a raczej upadłam na podłogę i włożyłam głowę między kolana. Łapałam przy tym hausty powietrza.
     Tata, Niall i Jev pochylali się nade mną, zaniepokojeni. Ale w głosie Jeva słyszałam nutkę rozbawienia.  Nie wiem czy Joseph ją zauważył. Gestem (nie podnosząc głowy) kazałam Jevowi żeby nie komentował. Jak widać już przeszły mu wyrzuty sumienia.
     - Kochana, dobrze się czujesz? – Ojciec jak zawsze był troskliwy i nie zrażał się błędami. Nie oczekiwałam przeprosin. Nie lubiłam tego. Każdy popełnia błędy. Nie lubię, gdy później jakby wybudzają się z koszmaru, klękają, przepraszają godzinami i odchodzą. Kiedy ktoś szczerze żałuje stara się coś zrobić w zamian. Poza tym nie nawiedzę, kiedy „łaskawie coś się zrobi”. Zwłaszcza, jeśli są to przeprosiny. Ojciec o tym wiedział – w końcu nauczył mnie tego.
      Wolno kiwnęłam głową nadal trzymając ją między kolanami, ale oddech już mi się prawie ustabilizował.   Mroczki także nie napływały już na moje oczy falą czerni.
     - A myślałem, że to Arkanie wykończą twoją córkę, Joseph – Jev nie mógł się powstrzymać.
     - A wiesz, że ja też? – zgodził się z nim Niall. – Widzę, że jest już z tobą lepiej. Idę, bo muszę coś zrobić.   Zobaczymy się później  - odwrócił się i wyszedł. Ha, dobry wykręt. Nie musi teraz z nami siedzieć. Szkoda, że ja nie potrafiłam tak kłamać.
     Ojciec pochylił się niżej. Czułam jego oddech na twarzy, pachniał metalem, skórą i potem. Wstałam troszkę się chwiejąc.
     - Już mi lepiej. Miło cię znowu widzieć – objęłam go nadal trochę słaba i z bladym uśmiechem.
     Odsunął mnie na odległość ramienia. Chciał coś powiedzieć, ale go uprzedziłam.
      - Miałeś jakieś wiadomości od mamy?
     Zmarszczył brwi.
     - Chciałem właśnie zapytać o to samo.
     - Jak myślisz gdzie ona jest?
     - Ostatnia wiadomość dotarła z Sanadet. Może… - wahał się. Spojrzał na Jeva.  Tamten stukał palcami o brodę udając, że nie jest zainteresowany. – Może wiadomość jeszcze nie dotarła. Wiadomo, że Sanadet nie leży blisko Talarii.
Pokręciłam głową. Nie byłam taka przekonana do tego.
     - Mogę zobaczyć ten list? – Spytałam z wzrokiem wbitym w ścianę, na której wisiały bronie do ćwiczeń. Od malutkich sztyletów po ogromne topory. Sala Treningowa była chyba największą ze wszystkich zaraz po Stołówce. Tak jak w całej kryjówce i tu unosił się zapach drewna. Przez to, że chyba non stop ćwiczyli tu członkowie armii czuć było w Sali także pot. Sufit, przez to, iż byliśmy pod ziemią, był jak wszędzie nisko osadzony. Słychać było głuche stukanie drewna oraz jęki ćwiczących. Nie było ich dużo. Ledwo około pięćdziesięciu.
     Dziwne, że ludzie się na mnie nie gapili. Widać już poznali Josepha na tyle żeby zrozumieć, że czasami nie panuje nad sobą.
     - Oczywiście. – Ojciec ruszył do wyjścia.
     Chyba wszystkie pokoje wyglądały tak samo – nisko osadzony sufit, gruby materac wypełniony słomą, komoda oraz szafa na ubrania. Ściany i podłoga wyłożone drewnem. Unosił się tu zapach drzewa i potu. Pewnie mój pokój będzie wyglądał tak samo, pomyślałam. Usiadłam na materacu. Zmęczenie wróciło pełną falą tym razem jeszcze większe niż wcześniej. Miałam ochotę położyć się na boku, zamknąć oczy i zasnąć. Powstrzymałam chęć jęknięcia i rzucenia się na pościel.
     Tym czasem Joseph chodził po pomieszczeniu zaglądając do komody i szafy. Mruczał coś o tym, że powinien zatrudnić sprzątaczkę. Nie mógł znaleźć listu, zorientowałam się z rozbawieniem. Teraz już wyrzucał rzeczy garściami z komody. Spojrzałam w dół i dostrzegłam, że coś białego wystaje z pod materaca. Zmarszczywszy brwi wyciągnęłam z pod niego kartkę papieru. Zaczęłam czytać.

Kochani:
     Zatrzymałam się w Sanadet. To bardzo ładne miasto, w dodatku ludzie są bardzo uprzejmi. Zostanę tutaj trochę dłużej. Mieszkam w domostwie u pewnej Kaeli. Pomagam jej w pracy. Muszę trochę zarobić, ponieważ oszczędności, które dostałam od was, już mi nie starczą. Mam nadzieję, iż posłaniec szybko przyniesie mi odpowiedź.
     Gorąco pozdrawiam:
Carolin

     Mimo, iż list był krótki i rzeczowy zachciało mi się płakać. Powstrzymałam łzy. Przed oczami stanęła mi twarz matki: ciemne włosy tworzące wokół jej twarzy aureolę, głęboko osadzone, wszystko wiedzące czekoladowe oczy, najczerwieńsze usta, jakie świat widział, twarz w kształcie serca, dumna postawa…
     - Znalazłaś list? Już myślałem, że go zgubiłem – głos ojca dochodził jakby z oddali. Zamknęłam oczy, ale pod powiekami nadal widziałam twarz matki. Jej spojrzenie było takie ciepłe. Zawsze obdarowywała mnie taką miną, kiedy udawało mi się coś osiągnąć, taki dumny wyraz. Nagle pod powiekami jak latarnie zaświeciły mi piękne zielone oczy. Czułam się jakbym tonęła pod wpływem znajomych twarzy Jeva i matki. Słyszałam głos taty, wołał mnie, stojąc nad zieloną wodą. Boi się zanurzyć, przeszło mi przez myśl. A potem ta woda pochłonęła mnie falą ciemności i nie pozwoliła się wynurzyć.
     We śnie znowu stałam w lesie. Płakałam. Łzy, kapiące na list, który czytałam, wypalały kartkę. Padłam na kolana. W tym momencie zza drzew podbiegł do mnie Jev. Miał na sobie wyjściowy smoking, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że wyglądam cudownie w upiętych jasnych włosach i bufiastej, szerokiej, kolorowej sukni z dekoltem. Pewnie wyglądałabym jeszcze lepiej gdym nie była czerwona od płaczu. Ale w tej chwili mnie to nie obchodziło.
     Widząc biegnącego w moim kierunku Jeva, zebrałam się w sobie i z trudem wstałam.
     - Wszystko w porządku? – spytał łagodnym szeptem, który brzmiał jak kołysanka.

     - Teraz tak – chciałam podejść do niego, objąć, pocałować, zabrać tam gdzie nikt nie będzie się patrzeć.   Ale nie mogłam. Gdy do niego ruszyłam - stał bardzo blisko, zaledwie trzy, cztery kroki – wydawało mi się, iż utknęłam w zaschniętym betonie. Uwolnić mnie mógł tylko Jev. Podchodził do mnie, bardzo powoli. Stał przede mną, a ja targana pragnieniem by wziął mnie w ramiona zaczynałam czuć ból. Wtedy Jev złapał mnie za ramiona i przyciągnął. Serce chciało wyrwać mi się z piersi, gdy patrzyłam w jego zielone oczy, odbijające moją twarz jak czarne lustro. Jev, Jev, Jev. Jego wiecznie mokre rubinowe oczy. Kości policzkowe podkreślone cieniami rzuconymi przez długie rzęsy. Lekko rozchylone wargi. Przywarł nimi do moich ust…  

czwartek, 2 stycznia 2014

4. Pod ziemią.

     Pierwsze, co zarejestrowałam wchodząc do podziemia to przyjemny chłód. To była duża odmiana, ponieważ w Talarii nawet noce były ciepłe. Przekonałam się potem, iż dalej idzie się tunelami tym robiło się zimniej.
     Kryjówka Talarian była bardziej rozbudowana niż sądziłam. Nie była to nora, z mchem na ścianie i przeciekającym dachem – tylko luksusowy podziemny pałac. Wszystkie ściany i podłogi obłożone były szlifowanymi deskami. W powietrzu unosił się zapach drewna i ziemi z kurzem. Choć panował tu chłód, zważywszy na to, że cała „baza” znajduje się pod ziemią, otoczenie urządzone było w taki sposób by dawać wrażenie ciepłego salonu. Do pierwszego pomieszczenia zeszliśmy po krótkich drewnianych schodkach. Było okrągłe i oświetlone pięcioma pochodniami. Gdzieniegdzie leżały pufy, a koło korytarza wisiał sznur.
     Siedziało tam trzech strażników. Dwóch z nich na mój widok podniosło się z puf z uśmiechem na twarzach. Rozpoznałam ich – Asal i Ignacio (nigdy nie poznałam ich nazwisk, bo zawsze mówili mi tylko „Błyskawica i Grzmot”) - najlepsi przyjaciele Nialla, z dzieciństwa.
     Właściwie niczym się prawie nie różnili. Obaj mieli czarne włosy, bladą skórę i obaj zawsze robili to samo w tym samym czasie, a nawet, kiedy nie zachowywali się jak jedna osoba, dokańczali się nawzajem. Odróżnić ich można było tylko jednym sposobem – oczami. Asal miał szare, a Ignacio – bursztynowe. Odkąd pamiętam zawsze robiłam sobie z nich żarty razem z Kevinem. Kiedyś ścigaliśmy się w piątkę – Niall, Kevin, bracia bliźniacy i ja - po mieście śmiejąc i nabijając ze zdziwionych i zdenerwowanych min ludzi. Asal i Ignacio zawsze robili najlepsze kawały. Deril zbytnio za nimi nie przepadał. Wolał unikać tej dwójki. Chyba nie mógł przeboleć, że ktoś oprócz niego potrafi robić tak świetne żarty.
     - Witaj z powrotem, droga koleżanko! – Rzucili razem bracia. Od razu się uśmiechnęłam.
     - A wy jak zawsze tacy sami – podaliśmy sobie ręce. Wtedy zauważyli Jeva.
     - Któż to tam się chowa za twoim bratem? – Spytał zadziornie Asal.
     - Czyżby to był twój rycerz? – Dodał Ignacio.
     - Gdzie zgubiłeś białego rumaka? – Zażartował Asal.
     - Pewnie panienka Sofie go wystraszyła – dokończył Ignacio.
     Do tej pory się śmiałam. Teraz byłam poirytowana. Za to oni pękali z dumy ze swoich żartów.
     - Bardzo śmieszne. To jest Jev Mariano. Jeden z poddowódców.
     Wtedy trzeci strażnik podniósł się z pufy, tak jak wszyscy śmiejąc się jeszcze z żartów braci bliźniaków. Nie znałam go. Był wysoki, szczupły, opalony, a jego oczy błyszczały przyjaznym i pociągającym błękitem. Brązowe włosy miał nierówno przycięte, ale podkreślały mięśnie szczęki. Nasze spojrzenia spotkały się w tym samym momencie, kiedy wyszedł z cienia pochodni. W przedsionku zapadła dziwna cisza, przerywana jedynie odgłosem naszych oddechów. Jego nadejście przywołało napięcie przypominające rozciąganie powietrza – było to zarazem niemożliwe i możliwe, ponieważ było prawie namacalne. Zamrugałam, na co on potrząsnął brązowymi włosami odgarniając je z oczu.
     - Sofie, to Luke Oddet, Luke, to Sofie – przedstawił nas sobie Kevin. Dziwne, że nie przedstawił go Jevowi. W powietrzu zastygło napięcie.
     Jev stanął przede mną rozładowując je. Cała ta scena musiała być trochę dziwna.
     - Ciebie skądś znam – Luke przekręcił głowę na bok i ocenił go. Zdaje się czy zamierzali się bić?
     Na szczęście Jev był mądrzejszy niż mi się zdawało i po grzecznym przedstawieniu się zszedł mu z drogi.    Przy okazji zauważyłam, że Luke jest wyższy od Jeva o głowę. I ode mnie.
     - Witam – podałam mu rękę, a on ją uścisnął i szepnął mi do ucha:
     - Twój chłopak jest chyba trochę zazdrosny – spojrzałam na Luka i jego łobuzerski uśmiech. A potem na Jeva. Miał zaczerwieniony kark. Na moje poliki też wstąpiły rumieńce. Trochę zaskoczyło mnie, że jest zły.
     - To nie mój chłopak – bąknęłam. On robił sobie ze mnie żarty. – Yy… Kevin może oprowadzisz nas po kryjówce, co? – Podrapałam się po karku zawstydzona.
     - Tak, chodźmy – przytaknął Jev.
     Kevin oprowadzał mnie po bazie bardzo sprawnie. Nie zadawałam pytań, bo musiałam znać cały rozkład dokładnie. Chodź przez pierwsze dziesięć par drzwi nie mogłam odpędzić od siebie tego dziwnego napięcia, które stało się namacalne, kiedy tylko Luke wstał z pufy. Nie musiałam patrzeć żeby wiedzieć, że Jev ma tak samo. Jednak nie miałam okazji się mu przyjrzeć, bo skręcił w jedne z licznych drzwi.
     Korytarze były wyłożone brązowym drewnem. Kiedy mijaliśmy je, ciemne słoje zlewały się w jedną plamę. Pochodnie usytuowane co kilka metrów po obu naszych stronach rzucały cienie na ściany korytarza. Poruszanie się nimi było trudniejsze niż zdawało mi się na początku. Czułam się jak w labiryncie drewna, światła i ziemi pod nogami. Spojrzałam na Kevina. Po kolei opowiadał o pomieszczeniach, których drzwi wyglądały bardzo podobnie. W pewnym momencie doszliśmy do rozwidlenia.
     - W którą stronę idziemy teraz? – szepnęłam. Cisza zalegająca wszędzie sprawiała, że dzwoniło mi w uszach. Było to dla mnie całkowitą nowością zważając na to, iż wychowałam się w mieście, pośród nawołujących do kupna krzyków, tupotu końskich kopyt, zgrzytu wozów. Teraz słyszałam tylko nasze oddechy i echo głosu pomieszanego z odgłosem naszych skórzanych butów.
     Kevin jak zawsze był poważny i w tej chwili przypominał miedziany posąg. Tyle, że było słychać jak oddycha. Wskazał palcem wskazującym lewy korytarz.
     - W tym korytarzu śpi armia. Tam wszyscy mają pokoje. Każdy ma swój numerek i dopasowany do niego klucz, którego musi pilnować. Chyba, że umie otwierać drzwi zamknięte na klucz, bez klucza – wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem i zerknął na moją zmęczoną twarz. Spojrzał na korytarz z prawej. – A tu jest zbrojownia, Sala Treningowa i łaźnia.
     Popatrzyłam na niego zdumiona.
     - Macie łaźnie?
     - To właściwie nie łaźnia tylko pomieszczenie, w którym jest mnóstwo wanien – uśmiechnął się zadziornie i ruszył w kierunku, z którego właśnie przyszliśmy. Po chwili spojrzał na mnie. Wciąż stałam i wpatrywałam się zdziwiona w korytarz po prawej.
     - Jak… Znaczy, co robicie z tą całą wodą…? – na moją twarz wylał się różany rumieniec.
Kevin uśmiechnął się szeroko i zaśmiał.
     - O to się nie martw.
Kiwnęłam głową.
     - Idziesz? – zniecierpliwił się Kevin po chwili. I to była właśnie jego najdziwniejsza cecha. Od kiedy pamiętam zawsze szybko się denerwował i wybuchał. To było dziwne, ale wszyscy, nawet, zdaje się Jev, byli do tego przyzwyczajeni. Oczywiście, gdy chodziło o poważne sprawy starał się opanować, lecz kiedy chodziło o jakąś drobnostkę spinał się i mruczał pod nosem.
     Wracając korytarzami powtarzałam sobie rozkład. Akurat, kiedy skończyłam znaleźliśmy się w wielkim pomieszczeniu, które służyło za stołówkę, na której nie było prawie wcale ludzi. Jedynie około dziesięciu członków armii. Siedzieli przy dwóch długich stołach na ciągnącej się wzdłuż niego ławą. A gdzie była reszta? – zastanawiałam się. Przypominając sobie rozkład mogłam jednak się domyślić, że niktórzy śpią, inni ćwiczą, jeszcze inni korzystają z tej „łaźni” (czymkolwiek to na prawdę było), lub siedzieli w browarni. Kiedy obok nich przechodził Kevin na ich twarzach pojawiał się szacunek. Zapach drewna mieszał się z zapachem solonego jedzenia.
     Na końcu Sali weszliśmy za drzwi kuchenne. Pokój był mały, sufit nisko osadzony. W jednym kącie nawet wystawał z niego korzeń. Chyba było to jedyne pomieszczenie niewyłożone drewnem.  Za to w czarną ziemię na ścianie i podłodze wepchnięto białe kafle. Kontrast był bardzo widoczny. Były tu tylko trzy szafki stojące jedna na drugiej pod ścianą. Dalej widać było mniejsze drzwi może trochę wyższe ode mnie. A ja nie byłam zbyt wysoka. Oprócz szafek stał tu okrągły stół, a wokół niego 10 krzeseł. Wszystkie te meble wykonane były z drewna.
     Jev już tam był i zapalał świece. Postawił jedną na stole a drugą na szafkach, co trochę rozświetliło pomieszczenie. Usiedliśmy przy stole, od razu poczułam zmęczenie w mięśniach. Zapadłam się w krześle, jak gdyby było super-wygodnym łóżkiem. Ziewnęłam i z trudem otworzyłam oczy.
Po mojej lewej siedział Jev coś jedząc. Chyba kiełbasę… Naprzeciwko oparty o kamienną ścianę stał Kevin. Nie wiedziałam jego wyrazu twarzy, ponieważ ukrył ją w cieniu świecy. Nie mogłam już dłużej znieść tej ciszy. Postanowiłam przerwać ją zadając pytania.
     - Gdzie Deril? – Zaczęłam od najprostszego.
     - Dopiero skończył wartę. Pewnie śpi – Kevin nadal stał z założonymi rękami. Zdawało mi się czy też był zmęczony? Z tego, co opowiadał mi podczas oprowadzania wynika, że każdy, kto tu mieszka codziennie ćwiczy lub stoi na warcie – to wszystko jest rozpisane przez moich braci i paru innych głównych oficerów. Jak widać on też miał męczący dzień.
     - To przezorność czy wiedzieliście o przeciekach? – Dobrze wiedział, że chodzi mi o zdradzę jego przyjaciela. Skoro on zdradził pewnie znajdą się także inni.
     - I jedno, i drugie.
     - Wiem, co jest tym przeciekiem – do rozmowy włączył się Jev. Pachniało od niego kiełbasą, którą właśnie ze smakiem pochłonął. Jednak widziałam, że on również poszedłby spać. – Właściwie to chyba było. Zdaje mi się, że to Victor, przyjaciel Derila.
     Kevin zmarszczył brwi.
     - Tak o nim wiem – wymruczał. – Ale Deril nie chce mi uwierzyć… Chwila, dlaczego „był”? – spytał nagle. Zaczerwieniłam się.
     - Musiałam to zrobić – wyszeptałam, ze wzrokiem wbitym w kant stołu. Z nerwów zaczęłam obrywać drzazgi i je łamać na pół. – Dowiedział się o naszych tunelach – tu spojrzałam na Jeva, z przymrużonymi powiekami. Teraz to on odwrócił wzrok.
     Kevin nadal nie wiedział, o co chodzi. Z uniesionymi brwiami przenosił wzrok z mojej twarzy na twarz Jeva.
     - Skąd wiedział o tunelach?
     - To moja wina – przyznał mój kompan. – Powiedziałem, że ukrywacie się w innym bunkrze.   Powiedziała, że wie o podbiciu schronów przez Arkanów i musi się stąd wydostać by was o tym powiadomić. Wymknęła się. Ja jej pomogłem przyciągając uwagę i powiedziałem Victorowi o tunelach żeby wyjść za Sofie. Pomyślałem, że skoro jest przyjacielem Derila to nam pomoże. A on wziął obstawę i polazł za nami. Nie wiem czy nie powiedział innym… przepraszam was za to.
     Dostał słowotoku. Aż mnie zadziwił. Nie ilością, ale szybkością. Nigdy nie widziałam człowieka, który na jednym wdechu powiedziałby aż pięć słów. Chyba bolała go głowa, bo pokręcił nią parę razy. Zmęczenie od razu mnie opuściło.
     Kevin wyglądał trochę na rozbawionego, ale przede wszystkim był wściekły. Podczas gdy Jev się tłumaczył patrzyłam na mojego brata z zaciekawieniem. Jego mina z sekundy na sekundę zmieniła wyraz. Najpierw był zdumiony i zamyślony. Zbladł, wytrzeszczył oczy. A potem na jego twarz wróciły kolory wraz z napięciem w szczęce. Chyba nieświadomie podchodził powoli do Jeva, zaciskając pięści. Dobra postraszyłam go, trzeba jednak to zakończyć, inaczej wojsko zaraz straci kuchnię. W ostatnim momencie złapałam mojego brata za rękę. Jego pięść prawie dotknęła nosa Jeva.
     - Spokojnie, Kevin. Wypytałam się go, ile wie. A potem… - przerwałam, bo do kuchni właśnie wszedł Deril. Stanął w drzwiach zdębiały.
     - Sofie? – Tylko tyle udało mu się wyjąkać. Jego brązowe włosy były w nieładzie, co było normalne, niebieskie, szeroko otwarte oczy, a na jego ekwipunek składała się głównie ogromna szabla. Najwyraźniej nie zauważył ani Jeva ani pięści Kevina tuż przy jego nosie.
      Pobiegłam do niego, zapominając o naszym sporze, i przytuliłam. Objął mnie i nie puszczając spytał.
     - Kevin, ty też ją widzisz prawda? Bo chyba mam jakieś zwidy. Wydawało mi się, iż ktoś mówił coś o zdradzie mojego przyjaciela. Co, oczywiście, nie mogłoby by być prawdą – zapewne posłał bratu spojrzenie spod przymrużonych powiek.
     Zarumieniłam się. Znowu. Dodatkowo zaczęły mi się pocić dłonie. Gdyby nie to byłabym świetnym kłamcą.
     - Puścisz mnie już, maleńka? – Mój brat zawsze podchodził do wszystkiego na luzie i prezentował swoje muskuły. Przeszedł przez pokój i sięgnął do spiżarni. W tym czasie dawaliśmy sobie w trójkę nieme znaki: Kevin przekazał Jevowi i mi „Nie mówcie mu, bo nie żyjecie”, a ja „Nie mówcie mu, że zabiłam jego najlepszego przyjaciela”, za to Jev tylko kiwał głową. Deril odwrócił się do nas przodem i wszyscy zasiedliśmy do stołu. Opowiedziałam, Derilowi tę samą historię, bez paru szczegółów. Potem zaczęłam pytać się dalej.
     - Gdzie ojciec? I Niall?
     - Spokojnie. – Teraz to Kevin musiał uspokajać mnie. – Są tutaj. Prawdopodobnie trenują.
     - Szkolą się do armii? – spytałam zaskoczona.
     - Żebyś widziała, jaki ojciec jest dobry! Jak na swoje lata – zaśmiał się Deril.
     Spojrzeliśmy się na niego spode łba.
     - Nie w głowie mi teraz żarty, Deril – powiedziałam. Zwróciłam się do Kevina. Może kochałam mojego brata, ale nie miałam nastroju na kawały. – Ilu was jest?
    - Zaledwie parę setek, ale…
     -Ale to się zmieni – przerwali mu Jev i Deril. Uśmiechnęli się do siebie groźnie jak gdyby zamierzali właśnie wyjąć swoje sztylety i powybijać całą armię Arkanów na raz.
     - A co z jedzeniem? Skąd je bierzecie?
     - Arkanie nie zapuścili się aż tak daleko w las. Dlatego nie odkryli naszej kryjówki i dlatego nasze wielkie pola w środku lasu nie zostały odkryte.
     - Idioci – mruknął pod nosem Deril.
     Zignorowaliśmy go.
     - Takie małe pytanie. Dlaczego musiałam gnić w tej pułapce, podczas gdy wy siedzieliście sobie tutaj i mieliście wszystkiego pod dostatkiem?!
     - Sofie. Usiądź – rozkazał Kevin. Stałam i rękami upierałam się o stół nad głową Kevina, ze wściekłością w oczach. Może odrobinkę przesadziłam. Zrobiło mi się wstyd. Posłuchałam go i rozejrzałam się po wszystkich trzech twarzach.
      Jev był trochę wystraszony, trochę rozbawiony i zszokowany. Podobne uczucia miotały Derilem, ale Kevin był skoncentrowany i opanowany.
     - Nie zostawiliśmy cię tam żeby zrobić ci na złość – tłumaczył Kevin – tylko żeby wiedzieć czy nas przejęli. Dałabyś radę pięciu kowalom, a co dopiero wychudzonym Arkanom. Jesteś sprytna i wiedzieliśmy, iż szybko ich rozgryziesz. Tylko zapomnieliśmy, że wysłaliśmy też Jeva – schował głowę w dłoniach.
     - Coś mnie ominęło? – Spytał zdezorientowany Deril.
     - Mieliśmy mały poślizg, nic takiego – machnęłam ponownie spoconą ręką.
     Deril kiwnął głową.
     - Czy tata, mama i Niall też wiedzieli o tej kryjówce?
      Moi bracia szybko wymienili spojrzenia. Kevin się zawahał.
      - Tak.
     W moim żołądku zrodził się ogień, który rozprzestrzenił się po całym ciele jak krew w żyłach. Zacisnęłam dłonie na stole, aż zbielały mi palce.
     - Czyli wychodzi na to, że tylko ja nie wiedziałam? – Głos podskoczył mi o oktawę. To nie było fair. Chodź wiedziałam, że to było dla ochrony armii w tym momencie wściekłam się nie na żarty. Ogień w moim ciele spalił moje poczucie winy i wstyd.
     Kevin patrzył na mnie skupiony.
     - Powinnaś zrozumieć, że… - zaczął ale nie dałam mu skończyć. Wszystkie skumulowane emocje dnia uwolniła złość. Cóż, taka już byłam – wybuchowa. Może gdybym się uspokoiła wyrzuty sumienia wróciłyby, lecz na ten moment mogłabym rzec, że nie wiem co to.
     - Uważasz, że jestem głupia?! – Odeszłam kawałek od stołu. Czułam jak przez zdrętwiałe palce przepływa mi krew. Zignorowałam to i zacisnęłam dłonie w pięści. – Co by się stało gdybyście mi powiedzieli? Przecież by zrozumiała.
     - W końcu byś się zorientowała, że Arkanie przejęli kryjówkę. Uciekłabyś i wyjechała. Obiecaliśmy matce, że do niej pojedziesz. Tak ustaliliśmy… - uciął widząc moją twarz. Tak się o nich martwiłam. Siedziałam tam i bałam, że stało się coś złego, a tymczasem oni uknuli “spisek” przeciwko mnie. Miałam ochotę rozbić stół kantem dłoni.
     - Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję ochrony – zaczęłam ściszać głos. - Potrafię walczyć, Kevin. Moje miejsce jest tutaj. Powiedzieliście mi, że przyjdziecie – odwróciłam wzrok. – Czekałabym na was. Chcieliście, żebym myślała, iż nie żyjecie?
     Rozejrzawszy się z gniewnym i rozżalonym wyrazem twarzy, kątem oka zauważyłam, że w pomieszczeniu nie ma Jeva. Musiał wyjść, gdy zorientował się, że to już nie jest objaśnianie. Właściwie to też nie miałam ochoty dłużej prowadzić tej kłótni.

     - Sofie… - zaczął Kevin, ale już zatrzasnęłam drzwi do kuchni i nie słyszałam, co do mnie mówił. Albo raczej chciał powiedzieć.