- Opowiedz jeszcze raz,co się stało.
Siedzieliśmy w pokoju Kevina. Zajęłam pozycję w rogu pokoju,
zbyt rozdrażniona, by cokolwiek powiedzieć. Deril i ojciec wcześniej rozmawiali
o czymś intensywnie, a teraz czekali na decyzję przywódcy. Przewodnik nadal był
przesłuchiwany przez Kevina, który nie mógł przyjąć do wiadomości, że coś mogło
stać się naszej matce. Jev także był tutaj, siedział obok mnie i patrzył, jakby
przeze mnie. Jego zamyślenie byłoby dla mnie denerwujące, gdybym nie była
przejęta listem.
Posłaniec westchnął, wyraźnie zirytowany i zażenowany.
- Jechałem do pani Carolin z wiadomościami od was, a
ponieważ przemieszcza się coraz dalej na wschód muszę jechać coraz dłużej.
Zwłaszcza, że wszędzie są Arkanie, muszę jechać tak, aby mnie nie zobaczyli.
Tak więc, podróż zajęła 3dni i noce. Kiedy dojechałem na miejsce, powiedzieli
mi, że została przejęta. Odebrałem jej ostatnią wiadomość i wróciłem. Cóż to
tylko złożona kartka, podejrzałem co jest w środku. Gdy przeczytałem treść od
razu przyśpieszyłem. No i, dwa dni później dotarłem. Tyle… - wymamrotał na
koniec.
Kevin za to siedział materacu, tak zamyślony, jak nigdy.
Deril znów zaczął się kręcić, tak że już nie mógł wytrzymać. Zerwał się z
miejsca, czyli krzesła, które upadło, gdy wstał.
- No co czekamy?! Trzeba jechać do Sanadet!
Na te słowa wróciła mi energia. Poderwałam się i stanęłam
obok brata.
- Deril ma rację. Na co czekamy? – powtórzyłam jego słowa.
- Uspokójcie się, musimy najpierw przebadać sprawę –
zaoponował Kevin. Miałam ochotę kopnąć go w twarz. Co on sobie myślał? Że
możemy sobie tu siedzieć, jak gdyby nigdy nic, rozmawiając nad herbatą o
porwaniu naszej matki?! – Nie wiemy czy to nie jakiś głupi żart? – wymamrotał,
przez co prawie wcale go nie zrozumiałam. Usiadłam znowu w kącie, objęłam uda
rękami I oparłam brodę na kolanach. W tym czasie Deril podszedł do ojca, on dał
mu coś I mój brat wypruł z pokoju bez słowa. Kevin tymczasem zaczął wypytywać
się przesłuchiwanego o szczegóły, a Jev nadal wpatrywał się we mnie w bezruchu.
Wyglądał jakby chciał mnie pocieszyć, ale bał się, że porażę go prądem.
- A może ta wiadomość to pułapka? – Mój brat uparcie nie
mógł uwierzyć, że matka została porwana. Nie chciał ryzykować życia żadnego z
nas. Ach, czy on nie zdawał sobie sprawy, że życie to ciągłe ryzyko? Moje
pesymistyczne myśli wróciły zwiększone I jedyną moją nadzieją było to, iż matka
żyje. Reszta właściwie nie miała znaczenia. Niech się dzieje co chce! Znów
zerwałam się z miejsca.
- Słuchajcie, ja nie będę tutaj tak bezczynnie siedzieć. Idę
się pakować, jutro jadę do Sanadet.
- Chyba sobie żartujesz, myśląc, że puścimy cię tam samą –
zaoponował Joseph.
- Żartujesz sobie myśląc, że w ogóle cię tam puścimy. –
poprawił go Kevin.
- Nie ma czasu na rozmyślanie I chłodne kalkulacje. To jest
wojna nie gra w szachy!
- Zgadzam się z Sofie – zgodził się Jev. Nie ruszył nawet
głową, tylko wpatrywał się w miejsce, w którym siedziałam. Teraz wyraźnie
widziałam jego bliznę za uchem. Przeszły mnie aż ciarki. – Rozpaczanie nic tu
nie da. Trzeba działać.
Uśmiechnęłam się ponuro i z wdzięcznością w jego stronę.
Coraz bardziej zaczynałam go lubić.
- Jednak – ciągnął dalej – Sofie nie powinna iść tam sama.
Co dwie głowy to nie jedna.
Zastanowiłam się chwilę. Faktycznie, gdybym jechała sama,
musiałabym sobie poradzić, a byłoby to prawie niemożliwe, biorąc pod uwagę
fakt, iż mogłam zginąć. Deril, Kevin i Joseph musieli szkolić i szukać
Talarian, gotowych stanąć do walki oraz dbać o porządek wśród tych, którzy już
dołączyli do armii. Niall jeszcze nic nie wie, może lepiej o niczym mu nie
mówić. Posłaniec sprawiał wrażenie nieprzyjaźnie nastawionego, jemu nie ufałam.
Nagle do głowy przyszedł mi odpowiedni partner.
- Mogę zabrać ze sobą Jeva – szepnęłam. On w końcu zaczął
wykonywać jakieś ruchy. Odwrócił głowę w moją stronę, otworzył szeroko oczy ze
zdumienia, powoli wstał z miejsca i podszedł do mnie tym samym tempem.
- Ja? – jęknął. Chyba żałował, że się w ogóle odezwał.
- Owszem, ty. Nie będziemy przecież mówić całej armii, że
matka głównego generała została porwana, ponieważ chętnych byłoby aż za dużo.
Łącznie z Niallem – popatrzyłam po twarzach pozostałych. Wiedzieli, że miałam
rację. – Wy trzej musicie pilnować kryjówki. Ja nie mam co robić, a skoro Jev
wie, co jest na rzeczy, to go ze sobą zabiorę.
- Hola, hola – Kevin podniósł się z materaca – kto
powiedział, że dokądś jedziesz? Dopóki jesteś w mojej kryjówce, zasady
wyznaczam ja – warknął. Zdziwił mnie jego władczy ton. Jednak nie dałam tego po
sobie poznać, skrzyżowałam ręce na piersi I popatrzyłam na niego z góry. Atmosfera
przesiąknęła gorzką złością i nutą zdenerwowania. Jev, Steven – tak miał na
imię posłaniec, i Joseph przyglądali się temu z boku.
- Kevin, nie zamartwiaj się o mnie, tylko o matkę! Chcę ją
ratować! Ale widać muszę to zrobić sama. Skoro nie mogę tutaj mieszkać, pakuję
najpotrzebniejsze rzeczy i wyjeżdżam. Zadowolony? – stopniowo cichłam, aż w
końcu z mojego gardła wydobył się tylko cichy, jak wiatr, szept. Zbliżyłam się
do drzwi, ale zastawił je mój brat. Wtedy ktoś nacisnął klamkę, chcąc wejść i Kevin
dostał w głowę.
- Co do jasnej… - przez szparę wcisnęła się głowa Derila.
Spojrzał na brata marszcząc brwi. – Co ty wyczyniasz? Złaź z drzwi!
Kevin zszedł mu z drogi, masując głowę. – Mocniej się nie
dało? – jęknął. Deril udawał, że tego nie usłyszał, choć w jego głosie
słyszałam nutkę rozbawienia.
Zauważyłam, że Jev lekko się uśmiechnął.
- Chcesz powodu, by jechać do Sanadet? Proszę, mam je przy
sobie. – Deril wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę papieru I klucz, który
rzucił Josephowi. – Ostatni list matki. Możemy potwierdzić, czy list jest sfałszowany,
po sposobie jej pisma.
Serce zabiło mi szybciej. Podeszłam do niech bliżej. Mięli
przed sobą dwa rozłożone listy. Pismo na obu było takie same – kaligrafowane
zawijasy, przyjazne I znajome. Tyle, że na jej ostatnim liście pośpiech był
bardzo widoczny.
- Teraz już nie masz żadnych argumentów. – zwróciłam się do
Kevina. Klasnęłam w dłonie. – To mamy ustalone: trzeba się spakować I jedziemy
z Jevem do Sanadet.
Deril znów podszedł do ojca, pytając go dlaczego on. Ten
zaczął mu szeptem tłumaczyć, co się działo, gdy go nie było.
Kevin z niezadowoleniem spojrzał na Jeva. Skrzywił się.
- Może weź Stevena. To chyba bardziej rozsądne – dlaczego
jeszcze się kłócił? Westchnęłam. Zignorowałam tą propozycję i zwróciłam sie do
Jeva.
- Słuchaj, nie będę cię zmuszać do wyjazdu. Będę w pokoju,
muszę coś spakować. Kiedy się zdecydujesz, przyjdź.
Kevin wstał ze swojego miejsca i popatrzył na mnie.
- Nie śpiesz się tak. Nie pojedziesz dopóki nie wróci
patrol, który zaraz wyślę. Jeśli nie będą mieli dobrych wieści, wyślę ciebie,
posłańca … - westchnął – i Jeva.
Przymknęłam powieki. Czy on zawsze musi się o mnie tak
troszczyć? Miałam o to zapytać, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Nie
chciałam znów zaczynać tego tematu.
- Dobrze. Idę się pakować.
W drzwiach jeszcze raz się odwróciłam. Wszyscy patrzyli na
mnie, Deril i Kevin zaniepokojeni, Joseph podenerwowany, a Jev był zamyślony,
zdekoncentrowany, lekko wystraszony, ale jednocześnie znowu miał ten wyraz
twarzy, którego nie znałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz