wtorek, 21 stycznia 2014

6. Łaźnie.

    Obudziłam się, cała zesztywniała, z bijącym sercem lecz mimo tego wypoczęta. Przypominało mi się, jak kiedyś po długim treningu, z bolącym krzyżem zasnęłam na sofie, która szczerze mówiąc nie była najwygodniejsza. Następnego ranka czułam się jak po akupunkturze, przeprowadzonej przez niewidomego. Tak, to było o wiele gorsze doświadczenie. Przeciągnęłam się, usiadłam na łóżku i dopiero wtedy przypomniałam sobie wszystkie wydarzenia, zaczynając od kilku dni wstecz. Najpierw chłód schronu dla mieszczan, następnie smród tuneli, zapach krwi Arkanów, otrzeźwiające powietrze w lesie, spojrzenie Jeva na tle Nocnej Pochodni… potem kryjówkę, aż w końcu świadomość wysłała mi sen, z którego szponów właśnie się wyrwałam.
     Jev mnie pocałował. A mnie się to podobało...
     Nie! Starałam się nie wracać do tego wspomnieniami. Ciemność mnie oślepiała. Gdzie ja jestem?
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. A raczej spróbowałam się rozejrzeć. To był pewnie mój pokój. Mój wzrok jeszcze nie przyzwyczaił się do tych przerażających ciemności, więc po omacku poszukałam komodę. Gdy w końcu do niej dotarłam znalazłam na niej świecę i zapałki. Zapaliłam knot i dopiero wtedy rozejrzałam się po pomieszczeniu.
     Niczym nie różniło się ono od tego, w którym przed chwilą siedziałam z ojcem. Ściany tak jak tam były wyłożone drewnem, podłoga także. Unosił się tu zapach drzewa (a jaki niby miałby być inny), ale nie czuć było potu. Pomieszczenie było świeżo sprzątnięte. Przynajmniej takie wrażenie sprawiało. Na podłodze leżał identyczny materac, jaki widziałam w pokoju taty, szafa i komoda również. Tak jak myślałam: niczym nie różnił się od innych sypialni.
     Popatrzyłam jeszcze raz na blat komody. Oprócz świecy, która teraz była tu jedynym źródłem światła, leżał mosiężny klucz. Z boku wyryta była liczba 77. Numer pokoju, domyśliłam się. Zerknęłam na swój strój. I zauważyłam, że nie mam na sobie swojego płaszcza, długich butów, wełnianego, ubrudzonego krwią swetra, ani grubych spodni, tylko przewiewną koszulę nocną. Moje buty stały przy materacu, byłam boso.   Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, iż leży na mnie jak ulał. Ciekawe jak wyglądała moja twarz…
     Położyłam się z powrotem na materacu i wpatrując się w sufit myślałam o tym jak Jev złapał mnie w lesie. Znów widziałam przed oczami dwa głęboko osadzone rubiny, wpatrujące się we mnie z taką… intensywnością. Postanowiłam przestać blokować drogę mojej podświadomości i przypomnieć sobie mój bardzo, bardzo dziwny sen.
     Zastanawiałam się, czemu płakałam nad tym listem. Co w nim było? Tym się trochę zaniepokoiłam. A Jev… tego się nie spodziewałam. Jest w nim coś, czego nie mogłam rozszyfrować. Jak zawsze, nie umiem odgadywać uczuć ludzi. A jednak nie mogę sobie przypomnieć czy wcześniej kiedykolwiek widziałam by ktoś patrzył na mnie takimi szklistymi oczami. We śnie chciałam go pocałować, gdy tylko go zobaczyłam, co teraz przyprawiało mnie o ciarki. Jednocześnie serce zabiło mi szybciej. A co jeśli…
     W mig zastąpiłam tę myśl inną. Ale nie lepszą, ponieważ na myśl o tamtych ludziach, którzy zginęli przeze mnie... Tak, to była moja wina. Mogłam zaczekać, wybić Arkan, załatwić transport dla Talarian... Wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka. Jak mogłam być tak głupia?
     - Przepraszam – powiedziałam kierując to słowo do tych wszystkich ludzi. Przypieczętowałam to łzą, która niespodziewanie spłynęła mi po policzku. Wiedziałam, że w żaden sposób im tego nie wynagrodzę, jednak pozwoliło mi to zagłuszyć odrobinę wyrzuty sumienia. „ Jestem okropna”.
     Z westchnieniem podniosłam się z materaca, przeszłam przez pokój i otworzyłam komodę. Ze zdziwieniem patrzyłam na swoje ubrania, równo poskładane. W następnej szufladzie leżały bawełniane ręczniki. Wzięłam jeden z nich i wyszłam z pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym je obejrzałam. Drewniane, z wyrytą liczbą 77. Obejrzałam drzwi wokół. Z lewej numer 76, z prawej 78. Ruszyłam w stronę, z której malały. Zaczęłam szukać „łaźni”, co zajęło mi chwilę. Kiedy w końcu ją znalazłam, ucieszyłam się bardzo. Śmierdziałam jak mokry pies. Albo nawet gorzej. Z ulgą weszłam do środka.
     Pomieszczenie okazało się być kolejnym korytarzem wypełnionym kabinami. Oczywiście i tu musiało pachnieć drewnem, dodatkowo pomieszanym z potem. Było tu parę osób, słychać było jak ktoś przelewa wodę. Podreptałam boso do pierwszego z brzegu przedziału i rozejrzałam się po jego wnętrzu. Było małe, oddzielone od innych kabin jedynie cienką drewnianą ścianką niesięgającą do niskiego sufitu. Jednak nie tylko w podłogę w kuchni były powsadzane te dziwne kafle. Na środku stała mała ale szeroka marmurowa wanna. Położyłam na niej swój ręcznik i ubranie. A gdzie woda? Wyszłam z powrotem na korytarz.   Przechodził tamtędy akurat jakiś barczysty, czarnoskóry mężczyzna o szarych oczach. Był łysy, co mnie trochę zdziwiło, ale nie dałam tego po sobie poznać.
     - Przepraszam, skąd mogę wziąć gorącą wodę?
     Żołnierz zatrzymał się. Powiódł zdziwionym wzrokiem po mojej bawełnianej piżamie.
     - Nie wiesz? – Spytał niskim głosem.
     - Nie bardzo – szkoda, że nie umiałam powstrzymać tych rumieńców.
     - Pokażę ci. Chodź. – Skinął na mnie ręką.
     Ruszyłam za nim w głąb łaźni. Cisza znowu dzwoniła mi w uszach. Żołnierz jakby czytał mi w myślach, ponieważ ją przerwał.
      - Wiesz, przypominasz mi generała Kevina.
      Uśmiechnęłam się słabo. Znowu to samo.
       - Jestem jego siostrą. – Przyznałam z zażenowaniem. Ile osób mi już to mówiło? Nie zliczę ich na pewno teraz.
      Oczy mężczyzny rozszerzyły się.
       - To on ma siostrę? Widziałem tego, co wygląda jak szczur, ale nie wiedziałem, że ma siostrę.
      „Tego, co wygląda jak szczur”? Zaśmiałam się w duchu. Więc nie tylko ja to zauważyłam.
       - Tak, raczej się mną nie chwali – zaśmiałam się lekko.
       - Szkoda, bo jesteś całkiem ładna – oczywiście od razu złapałam aluzję. Przez krótką chwilę miałam ochotę przestawić mu nos. Rozdziawiłam świerzbiące palce, zacisnęłam je w pięści, powstrzymałam zamach. W końcu muszę się umyć…
      - Czyli nie wspominał również, że potrafię posługiwać bronią tak samo jak on? – Uporczywie wpatrywałam się w przód korytarzyka. Chciałam uśmiechnąć się łobuzersko, ale się powstrzymałam
     - Phi, jasne, bo taka chudzina jak ty...
     Nie dokończył, bo już leżał z głową przyciśniętą do podłogi moim kolanem.
     - Mówiłeś coś? – zamruczałam z zadowoleniem i w chwili, gdy otworzyły się drzwi od czyjejś kabiny, puściłam go, a on szybko się podniósł z podłogi. Mężczyzna wychodzący na korytarz niczego nie zauważył, ale flirciarz miał zaskoczoną twarz i z szacunkiem pokręcił głową. Nie mogłam dłużej powstrzymać uśmiechu.
      Nie zraziło go to, tylko się opamiętał i zmienił temat. Przyjemnie słuchało się jego bezsensownej gadaniny, uśmiechałam się. Mogłam spokojnie pomyśleć, kiedy nie było tak cicho. Mój przewodnik nazywał się Ernie, był kowalem, (co tłumaczyłoby jego bary) przyjaźnił się nawet z moim ojcem. Chwalił go i opowiadał jedną z historii, z przed wojny, której nie powtórzę, ponieważ nie słuchałam dokładnie. Zdawał się być całkiem miły. Zauważyłam, że przypominał trochę wielkiego miśka - jak Deril.
            Dotarliśmy do końca łaźni. W ścianie, naprzeciwko której staliśmy znajdował się otwór, trochę przypominał mały sklep. Na ladzie stały drewniane wiadra. W oknie stał jakiś facet, na nasz widok uniósł siwe brwi. Jego twarz zarosła brodą i zmarszczkami, które pokrywały również chude, długie palce. Długo nie widział słońca, był blady jak trup. Włosy wisiały wokół jego głowy, jak martwe węże.
            - Ernie, przed chwilą tu byłeś – rzucił do mojego przewodnika. Jego głos brzmiał jak rechotanie żaby. Spojrzał na mnie. Włosy zafalowały wokół jego twarzy. – Ciebie tu nigdy nie widziałem.
            - To dłuższa historia – szepnęłam.
            - Lubię takie. Zwłaszcza, gdy jemu – wskazał na Ernie’go patyczkowatym palcem – coś się w nich dzieje – uśmiechnął się przy tym złowieszczo, z dumą i pogardą. Już na pierwszy żut oka było widać, iż się nie lubią.
            - Ugrzejesz trochę wody, czy będziesz tak stał i gadał jak stara kwiaciarka, Jace? – odburknął zniecierpliwiony Ernie. Jace, zmrużył na chwilę oczy i wpatrując się w niego gniewnie, a potem mamrocząc coś pod nosem o niecierpliwości głupich, wycofał się do środka okna.
            - Czyli, że zawsze, kiedy będę szła się myć muszę iść tutaj po wodę i czekać aż on ją zagrzeje? – Jace nie wydawał się być przyjacielski. Właściwie to był przeciwieństwem Ernie’go, który był tak ufnie nastawiony.
            - Tak, potem wiadro odnosisz z powrotem tutaj, nie zapomnij. Jace nienawidzi, kiedy zostawia się wiadro w kabinie – uśmiechnął się drwiąco. Widać było jak na dłoni, że za nim nie przepada. Patrzył się w środek dziury.
            - A co z brudną wodą?
            - Tym to się już zajmuje Jace.
            Kiwnęłam głową. Dziwny był ten…
            - Czy jego praca jakoś się nazywa?
            - Woźny.
            Zaśmiałam się.
            - Nie wygląda na zadowolonego z pracy.
            Ernie wzruszył ramionami. Spojrzał na mnie.
            - Jak masz na imię? – spytał nagle.
            Rozważałam przez chwilę czy mu powiedzieć. W końcu jest z armii…
            - Sofie.
            - Miło mi było cię poznać, Sofie – uścisnęliśmy sobie ręce, z serdecznymi uśmiechami na twarzy. – Poradzisz sobie z Jase’em? Muszę lecieć.
            - Jakoś dam radę. Dziękuję, Ernie. Do widzenia.
            Ruszył w kierunku wyjścia nie oglądając się za siebie.
            Po kilkunastominutowym czekaniu na wodę zaczynałam się niecierpliwić. Na szczęście Jace właśnie wrócił z dwoma kubłami wody.
            - Poradzisz sobie, czy ci pomóc blondyneczko? – spytał zadziornie woźny. Uśmiechał się przy tym drwiąco. Trochę się zirytowałam, ale oparłam się tylko łokciami o blat i udając, że czyszczę paznokcie rzuciłam:
            - Jasne, moja kabina znajduje się na końcu korytarza. Dzięki, staruszku. – takim sposobem Jace nie odezwał się do mnie później ani razu, co właściwie było bardzo przyjemne, bo nie tracił czasu na gadanie. Poza tym jego rechotanie jest wprost nie do zniesienia. Schował się do środka, jakby się rozpłynął w czerni, mrucząc coś znowu pod nosem. Z chichotem złapałam za wiadra i zaniosłam do kabiny. Czułam na sobie jego gniewny wzrok, którym starał się przewiercić moje plecy na wylot. Korytarz był dość długi, więc zniknęłam mu niedługo z oczu.
            Postawiłam wiadra na podłodze obok wanny i przeciągnęłam do tyłu. Kręgi w kręgosłupie postrzelały mi. Niesienie kubłów z wodą było męczące. Następnym razem wybiorę jakąś kabinę na drugim końcu korytarza.
            Jeszcze raz rozejrzałam się po „pomieszczonku”. Nic się nie zmieniło. Czemu by miało, przeszło mi przez myśl. Tyle, że dopiero teraz, ze zdziwieniem zauważyłam na ścianie lustro. Nie było czyste, a na boku ciągnęła się rysa.
Przez chwilę wpatrywałam się w ściągniętą zdziwieniem twarz w zwierciadle. Brązowe, silne oczy odbijały wszystko, na co patrzyły, czereśniowe usta były lekko rozchylone, włosy wyglądały jak tysiące jasnych ostro zakończonych sztylecików zwisających w pasie. Wszystko podkreślała opalona skóra, która byłaby ciemniejsza gdyby nie siedzenie przez tydzień pod ziemią. Nie byłam ładna. Odkąd ostatnio widziałam lustro minęło przeszło półtora tygodnia, schudłam od tego czasu, moja twarz poszarzała, pod oczyma miałam ciemne wory, a włosy były poplątane. Krzywiąc się z tęsknoty za grzebieniem, związałam ciasno włosy rzemykiem.
Niespodziewanie zaburczało mi w żołądku. Tak zamyśliłam się nad stanem mojego, „zewnątrz”, że zapomniałam o „wewnątrz”. Miałam ochotę głośno się zaśmiać, ale się powstrzymałam. Zabrałam się do wlewania wody do wanny.
            Po umyciu się wróciłam do swojego pokoju. Założyłam zwykłą luźną damską tunikę i bawełniane spodnie. Ubierając się w moje buty usłyszałam pukanie do drzwi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz