- Chwila – rzuciłam sznurując but.
Zakładając drugi but bez pośpiechu, pukanie rozległo się
znowu. Kiedy myślałam czy wkładać płaszcz, osoba stojąca za drzwiami nie
wytrzymała i wpadła do pokoju.
Ze
zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że tą osobą jest Luke. Trzymałam w rękach
płaszcz, a teraz zarzuciłam go na ramiona. Nie wiem czemu, lecz gdy tylko go
zobaczyłam zrobiło mi się zimno. Zupełnie inaczej niż przy Javie. Luke, zawsze
gdy się pojawiał, rozlewał wokół siebie jakąś dziwną falę tajemniczości. Trudno
było to opisać. Jego twarz była jak świeżo pomalowana ściana – nie dało się z
niej nic wyczytać.
-
Czego chcesz?
-
Yyy… - wpatrywał się we mnie niepewnie. Wreszcie jakieś ludzkie uczucia.
-
Tak się dobijałeś i tylko tyle masz do powiedzenia?
Potrząsnął
głową. I znowu przybrał tą maskę.
-
Kevin chce żebyś przyszła na Stołówkę – rzucił z pozoru obojętnym tonem.
-
A czy on przypadkiem nie myśli, iż śpię? – Spytałam uprzejmie jadowitym tonem.
Właściwie nie wiem, dlaczego nie lubię Luke’a. Po prostu jego dumna postawa,
odważny krok jak u samca alfa, jest cholernie irytujący. A on jeszcze wyżej
zadarł głowę.
-
Poznałaś dzisiaj Ernie’go. – Pewność jego głosu była prawie namacalna.
-
Śledzisz mnie? – Byłam rozbawiona.
-
Po co? Ernie to straszny plotkarz. Jak potrzebujesz informacji, idziesz do
niego – zaśmiał się nieprzyjemnie. Dlaczego musiałam trafić na niego? Czemu to
nie mógł być najbardziej nieśmiały facet w armii? Wzniosłam oczy do nieba.
Wymamrotałam coś, ale w końcu wyszłam z pokoju i zatrzasnęłam za Lukiem drzwi.
Jedno nie dawało mi spokoju.
-
Czemu wysłał ciebie? Przecież chyba nie jesteś jego prawą ręką – zastanawiałam
się głośno. Do głowy przychodził mi tylko jeden powód, chodź pewnie strasznie
głupi – że Kevin i Deril chcą mnie zeswatać z Luke’iem. Właściwie to jakiś sens
to miało, kiedy przypominałam sobie jego zachowanie wczoraj w przedsionku, gdy
mi go przedstawiał. Podrapałam się w podbródek.
Spojrzał
na mnie urażony. Nic nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie z uniesioną
wysoko głową, nie patrząc, czy idę za nim. Uśmiechnęłam się złośliwie.
Delikatna ta paniusia.
Tymczasem w Stołówce zaraz przy wejściu siedzieli: Kevin,
Deril, Joseph, Jev, Ernie, Jace, Asal, Ignacio i jeszcze kilka osób, których
imion nie znałam. Luke siedział zamyślony, wpatrując się w stojący przed nim
gliniany kielich. Oczywiście dowódca siedział u szczytu. Rozmawiali ze sobą w
grupach, więc gdy weszłam słychać było jeden wielki szum przypominający
spadającą wodę. Skinęłam do wszystkich głową, patrząc na jedzenie. Rozejrzałam
się jeszcze raz.
Niektórzy patrzyli na mnie… dziwnie. Mieszanka zdziwienia,
zadumy i… czyżby podziwu? Zmyślam, powiedziałam sobie. Ziewając usiadłam między
Derilem, a Javem. Uśmiechnął się do mnie nieśmiało. Odwzajemniałam uśmiech,
lecz trochę odważniej.
- Dzień dobry, mała – Deril pełen energii zajadał chleb z
czymś, co zapewne jest schabem. Szczerze mówiąc sama nie wiem, co wtedy jadłam.
Wszystko było gumowate, żylaste lub lekko suche. Jednak po tygodniu żywienia
się prawie zepsutą fasolą, była to dla mnie prawie królewska uczta. – Jak się
spało?
- Dobrze, dziękuję. Coś się stało? Gapicie się na mnie jakbym
była jakimś zmutowanym kotem – zażartowałam. Wiedziałam, że nie był dobry ani
mądry – raczej się na tym nie znałam, ale pojęli aluzję. Już się mną nie
interesowali, rozmawiali z Kevinem. Gdy się najadłam zaczęłam wpatrywać się w
Ernie’go. Po chwili chyba się zorientował, bo uporczywie patrzył w mojego
brata, co jakiś czas kręcąc oczami to w moją to w jego stronę.
- Skąd wiedzieliście, że wstałam? – Udawałam, że głośno się
zmyśliłam. Ernie od razu się zorientował, że mówię o nim – spiął się cały.
Oczywiście cała reszta śmiała się z niego. Ja też. Ernie zachichotał i pokręcił
głową.
- Dobra, przyznaję się. Ale wiesz, gdyby nie ja, padłabyś z
głodu.
- Dzięki – i znowu wszyscy się śmialiśmy.
Postanowiłam zadać pytania, których nie zadałam wcześniej.
- Macie tu zwierzęta?
- Hodujemy je w środku lasu, niedaleko pól – odpowiedział
Joseph. – Arkanie zaczynają tracić przewagę. Mają może kilka tysięcy ludzi, ale
my mamy ducha, wiele razy silniejszego niż oni! – ryknął rozlewając zawartość
glinianego kubka na najbliżej siedzące osoby, które schyliły się, gdy
zamachał nim znowu. Wszyscy spojrzeli na
niego lekko zaskoczeni, a po chwili ciszy zaczęliśmy odczuwać pocieszające
słowa i zaśmialiśmy się.
- Największego ducha masz chyba ty, ojcze – Deril
zażartował.
- Jak to jest z tymi kąpielami? – ciągnęłam dalej.
Odpowiedział mi Jace. Nie mogłam się przyzwyczaić do jego
wiecznie ironicznego uśmiechu.
- Czystej, ciepłej wody nie mamy za dużo. Kąpiel raz na
dziennie. Nie więcej. Z wyjątkiem twojego ojca – wskazał na niego patykowatym paluchem
i odrazą wymalowaną na twarzy. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy znów
usłyszałam jego skrzeczenie. – Codziennie siedzisz na tej sali od trenowania i
pocisz się jak wieprz – rzucił do niego. Joseph spojrzał na niego wilkiem, a reszta
obecnych zachichotała. Poczułam, że trzeba zmienić temat zanim ojciec
wybuchnie.
- Czy jest jakaś reguła, o której nie wiem, a powinnam?
- Raczej nie. Wszystkich informacji dowiesz się w
przedsionku. Smakuje ci to? – Kevin zmarszczył nos patrząc na kawałek jakiegoś
mięsa, który miałam w ręku. Właściwie to nie wiedziałam nawet, że trzymam go w
ręku. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam rzuć to coś czymkolwiek było. Smakowało
jak guma ale spróbowałam się uśmiechnąć.
- Smakuje – przęknęłam z trudem następny kawałek.
Po śniadaniu odciągnęłam Kevina na bok. Przeprosił
towarzyszy i poszedł ze mną na koniec Sali.
- O co chodzi?
- Kiedy mam wartę przy wejściu? – Przeszłam od razu do
rzeczy.
- Jeszcze nie ustaliliśmy…
- A ty i Deril?
- Za chwilę – brat spojrzał na mnie zdziwiony.
- Razem czy osobno?
- O co ci chodzi? – Spytał po raz drugi.
- Po prostu… wiesz, że według mnie zwykłe „przepraszam” nie
starczy. – Miałam cichą nadzieję, że zrozumiał. Spojrzałam na niego. Napięte mięśnie, (co zauważyłam dopiero teraz) rozluźniły się. Zrozumiał.
Chyba przez chwilę mignęło mu przez twarz niezadowolenie, ale mogłam je sobie
zmyślić.
- Dobrze. Jeśli tak bardzo chcesz za pół godziny mam wartę.
A jeśli chodzi o Derila to musisz z nim pogadać. I…też chciałbym cię
przeprosić. Powinienem był ci powiedzieć. – uśmiechnął się szeroko i poszedł
przekazać Derilowi, że go zastępuję.
Pogadałam też z Derilem i teraz będę miała pięć godzin warty
na przemyślenia oraz dodatkowe dwie oczekiwania. Nie wiem, dlaczego, ale moje
podniecenie rosło z minuty na minuty. Nareszcie jakaś robota! Przez ostatnie czas
musiałam powstrzymywać chęć strzelania kostkami w palcach chodź pozbyłam się
tego nawyku parę lat temu. Pięknie.
Z niecierpliwością wyczekiwałam Derila lub Kevina oglądając
broń do ćwiczeń niedaleko drzwi w Sali Treningowej. Wszystkie były z drewna i
sznurków umieszczone w hakach różnej grubości i wielkości. Każdy rodzaje broni
był osobno. Moim ulubionym zawsze były miecz. Bardzo dbałam o swój. Sztyleciki,
zrobione przez tatę także często się przydawały, a więc ich także nie mogłam
zaniedbywać.
Popatrzyłam na środek ogromnego pomieszczenia. Tylko tutaj
chyba zawsze było tak tłoczno. Większość walczyła w parach lub mniejszych grupach
lecz na środku grupka, głównie mężczyzn, przypatrywała się z uśmieszkami walce
pomiędzy Josephem, a jakimś innym mężczyzną. Ojciec, tak jak powiedział Deril,
był jednym z najlepszych. Właśnie kosił trzeciego przeciwnika ścinając go z
nóg. Uśmiechnęłam się. Wszyscy się go bali, podziwiali i próbowali się z nim
siłować, ale Joseph zawsze był szybszy, silniejszy oraz sprytniejszy.
Przypominał posturą i zachowaniem byka, któremu przed oczy rzucono czerwoną
płachtę. Rozśmieszał wszystkich wokoło językiem i walką. Przyglądałam się temu
siedząc pod sianą ze skrzyżowanymi nogami i głową opartą na wewnętrznej stronie
dłoni.
Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Mogłabym się trochę
poruszać i rozbawić resztę. Zerwałam się z ziemi. Przeszłam przez pomieszczenie
i ściągnęłam ze ściany drewniany miecz.
- Kto teraz? – ojciec miał świetną zabawę mimo, że widziałam
jego sklejone potem czoło oraz włosy. Poliki miał zaróżowione, a jego klatka
piersiowa unosiła się szybciej niż powinna. Zaśmiał się jednak I spróbował to
ukryć.
Ludzie patrzyli po sobie, większość już zmęczona i
posiniaczona. Niektórzy siedzieli lub leżeli na podłodze i dyszeli z
wyczerpania. Jednak uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Za to podziwiałam
Talarian – lwia duma i optymistyczne myśli często wyprowadzały nas z kłopotów,
może wyprowadzą nas i tym razem. Ta pocieszająca myśl była dla mnie jak
światełko w ciemnym tunelu.
- Ja! – krzyknęłam.
Joseph odwrócił się zaskoczony. Uśmiechnęliśmy się do
siebie. Jego mięśnie się napięły tak jak moje. Nagle poczułam się tak jakby
ktoś wstrzyknął mi końską dawkę adrenaliny.
- Co ty na to? Ojciec kontra córka? – wyszeptałam z
figlarnym uśmieszkiem. Pewnie Ernie zdążył wszystkim wygadać, ale nie miałam ochoty
tego sprawdzać.
- Z wielką chęcią – ryknął po swojemu ojciec. Kątem oka
widziałam zaciekawione twarze Talarian. Niektórzy patrzyli na mnie z przestrachem
– fakt byłam trochę chuda, mniej więcej
dwa razy chudsza od taty – inni czekali na rozwój wydarzeń.
Tymczasem ojciec już czekał skupiony z mieczem wyciągniętym
w moim kierunku. Poszłam za jego przykładem. Patrzyliśmy na siebie jak na
lustro. Teraz już nie widziałam niczego prócz ojca i jego miecza. Moje oczy
rejestrowały każdy jego ruch. Wykonałam krok do przodu…
Zaczęła się walka. Jednak przypominała ona bardziej taniec niż
bitkę na drewniane miecze. Miecze cięły powietrze ze świstem. Zgrabnie unikaliśmy
oraz atakowaliśmy się. Pot wstępował na moje czoło już po kilku minutach, a
nasz “taniec” trwał już ponad dziesięć minut. Jednak nie przejęłam się tym, gdyż
właśnie dostrzegłam słaby punkt przeciwnika. Joseph nie zakrywał pleców. Przez chwilę
tylko odpierałam jego silne ataki. Potem jednocześnie przycisnęłam miecz do piersi
i obróciłam się kilka razy. On zdezorientowany nie zrozumiał, co próbuję zrobić
i nie wcelował. To właśnie była szansa. Wytrąciłam mu miecz z ręki własnym.
Wygrałam.
I na powrót znalazłam się w Sali Treningowej w otoczeniu
Talarian z armii Kevina. Niektórzy śmiali się w głos inni byli na to zbyt
zdziwieni. Joseph zaliczał się do obu grup. Uśmiechnęłam się szeroko i
zachichotałam. W głębi tłumu – który rozrósł się bardziej, co zauważyłam
dopiero teraz – zauważyłam Jeva. Patrzył na mnie… nie umiałam tego rozpoznać,
lecz na widok jego miny serce zabiła mi szybciej, tak że musiałam odwrócić
wzrok.
- Nieźle, Wietrze Veroniki – pochwalił mnie ojciec.
Oczywiście mówił to swoim donośnym basem i wszyscy go usłyszeli. Joseph zakrył
usta dłonią, a jego oczy wyrażały „Ale ze mnie debil! Przepraszam!”.
Wytrzeszczyłam oczy i szybko rozejrzałam się po Sali. „To
ona?” Słyszałam szepty, które zmieniły się gwar. Zaklnęłam pod nosem i z kwaśną
miną spojrzałam na Josepha.
- Baardzo ci dziękuję – sarknęłam, choć nie byłam zła. Co
najwyżej zażenowana.
Ludzie podeszli bliżej, jednak zachowali ostrożność.
Westchnęłam.
- Naprawdę?! To ty jesteś Wiatrem? – spytał się Luke (wciąż
zły za ranek), którego nie dostrzegłam wcześniej. – Nie wierzę! – zaśmiał się z
pogardą. Łajdak.
Na mojej twarzy odmalował się gniew. Naprawdę, coraz mniej
go tolerowałam.
- Chcesz się przekonać? – Zagroziłam zimnym głosem.
- Ha! Dałaś radę ze starcem, co nie znaczy, że dasz radę ze
mną, panienko! Broń się!
Dobył broni, lecz stałam tylko, nie poruszając się. Nadal
uśmiechając się pogardliwie, wycelował...
I leżał na podłodze. Oparłam kolano na jego klatce
piersiowej, miecz trzymałam przy jego szyi. Jego leżał po drugiej stronie
okręgu, w który ustawili się ludzie. Oczy miał szeroko otwarte, dyszał ze
strachu. Sparodiowałam jego wcześniejszy uśmiech i podniosłam się na nogi.
Niektórzy byli pełni podziwu, inni strachu, a Joseph –
zadowolony i dumny. Zaśmiał się. Powoli skierowałam się do wyjścia – nie miałam
najmniejszej ochoty dzisiaj tu siedzieć.
- Kto tu jest panienką, palancie? Idź piec bułki, tylko
uważaj żeby ci mąka do oczu nie wpadła, bo się popłaczesz – sarknął mój ojciec
do Luke’a. Ci którzy otrząsnęli się z szoku zaśmiali się, inni nadal po prostu
stali. - Dobra, kto następny? Jestem gotowy, no dalej. – Ryknął Joseph i
wyciągnął drewniany miecz. Nikt się nie poruszył.
Wtedy do Sali wszedł
Kevin. Jak zwykle wyglądał świetnie z rozrzuconymi na wszystkie strony blond włosami
i niebieskimi oczami. Ludzie patrzyli na niego z podziwem tak jak ja. Nie ma co
się dziwić. Zawsze był jak rycerz: uprzejmy, bardzo pomocny, życzliwy, poza tym
był najmłodszym dowódcą talariańskiej armii i dostał się na dwór królewski. Tam
polecił władcy Derila, który różnił się od brata swym wyjątkowym poczuciem
humoru. No i oczywiście sposobem walki.
Kevin rozejrzał się po pomieszczeniu, uśmiechając się, gdy
mnie ujrzał. Odetchnęłam na jego widok i jednocześnie powróciła do mnie
narastająca ciekawość.
- No, wreszcie cię znalazłem. – Powiedział Kevin. - Twoja
zmiana już się zaczyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz