poniedziałek, 27 stycznia 2014

7. Wiatr Veroniki.

- Chwila – rzuciłam sznurując but.
Zakładając drugi but bez pośpiechu, pukanie rozległo się znowu. Kiedy myślałam czy wkładać płaszcz, osoba stojąca za drzwiami nie wytrzymała i wpadła do pokoju.
            Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że tą osobą jest Luke. Trzymałam w rękach płaszcz, a teraz zarzuciłam go na ramiona. Nie wiem czemu, lecz gdy tylko go zobaczyłam zrobiło mi się zimno. Zupełnie inaczej niż przy Javie. Luke, zawsze gdy się pojawiał, rozlewał wokół siebie jakąś dziwną falę tajemniczości. Trudno było to opisać. Jego twarz była jak świeżo pomalowana ściana – nie dało się z niej nic wyczytać.
            - Czego chcesz?
            - Yyy… - wpatrywał się we mnie niepewnie. Wreszcie jakieś ludzkie uczucia.

            - Tak się dobijałeś i tylko tyle masz do powiedzenia?
            Potrząsnął głową. I znowu przybrał tą maskę.
            - Kevin chce żebyś przyszła na Stołówkę – rzucił z pozoru obojętnym tonem.
            - A czy on przypadkiem nie myśli, iż śpię? – Spytałam uprzejmie jadowitym tonem. Właściwie nie wiem, dlaczego nie lubię Luke’a. Po prostu jego dumna postawa, odważny krok jak u samca alfa, jest cholernie irytujący. A on jeszcze wyżej zadarł głowę.
            - Poznałaś dzisiaj Ernie’go. – Pewność jego głosu była prawie namacalna.
            - Śledzisz mnie? – Byłam rozbawiona.
            - Po co? Ernie to straszny plotkarz. Jak potrzebujesz informacji, idziesz do niego – zaśmiał się nieprzyjemnie. Dlaczego musiałam trafić na niego? Czemu to nie mógł być najbardziej nieśmiały facet w armii? Wzniosłam oczy do nieba. Wymamrotałam coś, ale w końcu wyszłam z pokoju i zatrzasnęłam za Lukiem drzwi. Jedno nie dawało mi spokoju.
            - Czemu wysłał ciebie? Przecież chyba nie jesteś jego prawą ręką – zastanawiałam się głośno. Do głowy przychodził mi tylko jeden powód, chodź pewnie strasznie głupi – że Kevin i Deril chcą mnie zeswatać z Luke’iem. Właściwie to jakiś sens to miało, kiedy przypominałam sobie jego zachowanie wczoraj w przedsionku, gdy mi go przedstawiał. Podrapałam się w podbródek.
            Spojrzał na mnie urażony. Nic nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie z uniesioną wysoko głową, nie patrząc, czy idę za nim. Uśmiechnęłam się złośliwie. Delikatna ta paniusia.
Tymczasem w Stołówce zaraz przy wejściu siedzieli: Kevin, Deril, Joseph, Jev, Ernie, Jace, Asal, Ignacio i jeszcze kilka osób, których imion nie znałam. Luke siedział zamyślony, wpatrując się w stojący przed nim gliniany kielich. Oczywiście dowódca siedział u szczytu. Rozmawiali ze sobą w grupach, więc gdy weszłam słychać było jeden wielki szum przypominający spadającą wodę. Skinęłam do wszystkich głową, patrząc na jedzenie. Rozejrzałam się jeszcze raz.
Niektórzy patrzyli na mnie… dziwnie. Mieszanka zdziwienia, zadumy i… czyżby podziwu? Zmyślam, powiedziałam sobie. Ziewając usiadłam między Derilem, a Javem. Uśmiechnął się do mnie nieśmiało. Odwzajemniałam uśmiech, lecz trochę odważniej.
- Dzień dobry, mała – Deril pełen energii zajadał chleb z czymś, co zapewne jest schabem. Szczerze mówiąc sama nie wiem, co wtedy jadłam. Wszystko było gumowate, żylaste lub lekko suche. Jednak po tygodniu żywienia się prawie zepsutą fasolą, była to dla mnie prawie królewska uczta. – Jak się spało?
- Dobrze, dziękuję. Coś się stało? Gapicie się na mnie jakbym była jakimś zmutowanym kotem – zażartowałam. Wiedziałam, że nie był dobry ani mądry – raczej się na tym nie znałam, ale pojęli aluzję. Już się mną nie interesowali, rozmawiali z Kevinem. Gdy się najadłam zaczęłam wpatrywać się w Ernie’go. Po chwili chyba się zorientował, bo uporczywie patrzył w mojego brata, co jakiś czas kręcąc oczami to w moją to w jego stronę.
- Skąd wiedzieliście, że wstałam? – Udawałam, że głośno się zmyśliłam. Ernie od razu się zorientował, że mówię o nim – spiął się cały. Oczywiście cała reszta śmiała się z niego. Ja też. Ernie zachichotał i pokręcił głową.
- Dobra, przyznaję się. Ale wiesz, gdyby nie ja, padłabyś z głodu.
- Dzięki – i znowu wszyscy się śmialiśmy.
Postanowiłam zadać pytania, których nie zadałam wcześniej.
- Macie tu zwierzęta?
- Hodujemy je w środku lasu, niedaleko pól – odpowiedział Joseph. – Arkanie zaczynają tracić przewagę. Mają może kilka tysięcy ludzi, ale my mamy ducha, wiele razy silniejszego niż oni! – ryknął rozlewając zawartość glinianego kubka na najbliżej siedzące osoby, które schyliły się, gdy zamachał  nim znowu. Wszyscy spojrzeli na niego lekko zaskoczeni, a po chwili ciszy zaczęliśmy odczuwać pocieszające słowa i zaśmialiśmy się.
- Największego ducha masz chyba ty, ojcze – Deril zażartował.
- Jak to jest z tymi kąpielami? – ciągnęłam dalej.
Odpowiedział mi Jace. Nie mogłam się przyzwyczaić do jego wiecznie ironicznego uśmiechu.
- Czystej, ciepłej wody nie mamy za dużo. Kąpiel raz na dziennie. Nie więcej. Z wyjątkiem twojego ojca – wskazał na niego patykowatym paluchem i odrazą wymalowaną na twarzy. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy znów usłyszałam jego skrzeczenie. – Codziennie siedzisz na tej sali od trenowania i pocisz się jak wieprz – rzucił do niego. Joseph spojrzał na niego wilkiem, a reszta obecnych zachichotała. Poczułam, że trzeba zmienić temat zanim ojciec wybuchnie.
- Czy jest jakaś reguła, o której nie wiem, a powinnam?
- Raczej nie. Wszystkich informacji dowiesz się w przedsionku. Smakuje ci to? – Kevin zmarszczył nos patrząc na kawałek jakiegoś mięsa, który miałam w ręku. Właściwie to nie wiedziałam nawet, że trzymam go w ręku. Wzruszyłam ramionami i zaczęłam rzuć to coś czymkolwiek było. Smakowało jak guma ale spróbowałam się uśmiechnąć.
- Smakuje – przęknęłam z trudem następny kawałek.

Po śniadaniu odciągnęłam Kevina na bok. Przeprosił towarzyszy i poszedł ze mną na koniec Sali.
- O co chodzi?
- Kiedy mam wartę przy wejściu? – Przeszłam od razu do rzeczy.
- Jeszcze nie ustaliliśmy…
- A ty i Deril?
- Za chwilę – brat spojrzał na mnie zdziwiony.
- Razem czy osobno?
- O co ci chodzi? – Spytał po raz drugi.
- Po prostu… wiesz, że według mnie zwykłe „przepraszam” nie starczy. – Miałam cichą nadzieję, że zrozumiał. Spojrzałam na niego. Napięte mięśnie, (co zauważyłam dopiero teraz) rozluźniły się. Zrozumiał. Chyba przez chwilę mignęło mu przez twarz niezadowolenie, ale mogłam je sobie zmyślić.
- Dobrze. Jeśli tak bardzo chcesz za pół godziny mam wartę. A jeśli chodzi o Derila to musisz z nim pogadać. I…też chciałbym cię przeprosić. Powinienem był ci powiedzieć. – uśmiechnął się szeroko i poszedł przekazać Derilowi, że go zastępuję.
Pogadałam też z Derilem i teraz będę miała pięć godzin warty na przemyślenia oraz dodatkowe dwie oczekiwania. Nie wiem, dlaczego, ale moje podniecenie rosło z minuty na minuty. Nareszcie jakaś robota! Przez ostatnie czas musiałam powstrzymywać chęć strzelania kostkami w palcach chodź pozbyłam się tego nawyku parę lat temu. Pięknie.
Z niecierpliwością wyczekiwałam Derila lub Kevina oglądając broń do ćwiczeń niedaleko drzwi w Sali Treningowej. Wszystkie były z drewna i sznurków umieszczone w hakach różnej grubości i wielkości. Każdy rodzaje broni był osobno. Moim ulubionym zawsze były miecz. Bardzo dbałam o swój. Sztyleciki, zrobione przez tatę także często się przydawały, a więc ich także nie mogłam zaniedbywać.
Popatrzyłam na środek ogromnego pomieszczenia. Tylko tutaj chyba zawsze było tak tłoczno. Większość walczyła w parach lub mniejszych grupach lecz na środku grupka, głównie mężczyzn, przypatrywała się z uśmieszkami walce pomiędzy Josephem, a jakimś innym mężczyzną. Ojciec, tak jak powiedział Deril, był jednym z najlepszych. Właśnie kosił trzeciego przeciwnika ścinając go z nóg. Uśmiechnęłam się. Wszyscy się go bali, podziwiali i próbowali się z nim siłować, ale Joseph zawsze był szybszy, silniejszy oraz sprytniejszy. Przypominał posturą i zachowaniem byka, któremu przed oczy rzucono czerwoną płachtę. Rozśmieszał wszystkich wokoło językiem i walką. Przyglądałam się temu siedząc pod sianą ze skrzyżowanymi nogami i głową opartą na wewnętrznej stronie dłoni.
Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Mogłabym się trochę poruszać i rozbawić resztę. Zerwałam się z ziemi. Przeszłam przez pomieszczenie i ściągnęłam ze ściany drewniany miecz.
- Kto teraz? – ojciec miał świetną zabawę mimo, że widziałam jego sklejone potem czoło oraz włosy. Poliki miał zaróżowione, a jego klatka piersiowa unosiła się szybciej niż powinna. Zaśmiał się jednak I spróbował to ukryć.
Ludzie patrzyli po sobie, większość już zmęczona i posiniaczona. Niektórzy siedzieli lub leżeli na podłodze i dyszeli z wyczerpania. Jednak uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Za to podziwiałam Talarian – lwia duma i optymistyczne myśli często wyprowadzały nas z kłopotów, może wyprowadzą nas i tym razem. Ta pocieszająca myśl była dla mnie jak światełko w ciemnym tunelu.
- Ja! – krzyknęłam.
Joseph odwrócił się zaskoczony. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Jego mięśnie się napięły tak jak moje. Nagle poczułam się tak jakby ktoś wstrzyknął mi końską dawkę adrenaliny.
- Co ty na to? Ojciec kontra córka? – wyszeptałam z figlarnym uśmieszkiem. Pewnie Ernie zdążył wszystkim wygadać, ale nie miałam ochoty tego sprawdzać.
- Z wielką chęcią – ryknął po swojemu ojciec. Kątem oka widziałam zaciekawione twarze Talarian. Niektórzy patrzyli na mnie z przestrachem – fakt byłam trochę chuda, mniej więcej  dwa razy chudsza od taty – inni czekali na rozwój wydarzeń.
Tymczasem ojciec już czekał skupiony z mieczem wyciągniętym w moim kierunku. Poszłam za jego przykładem. Patrzyliśmy na siebie jak na lustro. Teraz już nie widziałam niczego prócz ojca i jego miecza. Moje oczy rejestrowały każdy jego ruch. Wykonałam krok do przodu…
Zaczęła się walka. Jednak przypominała ona bardziej taniec niż bitkę na drewniane miecze. Miecze cięły powietrze ze świstem. Zgrabnie unikaliśmy oraz atakowaliśmy się. Pot wstępował na moje czoło już po kilku minutach, a nasz “taniec” trwał już ponad dziesięć minut. Jednak nie przejęłam się tym, gdyż właśnie dostrzegłam słaby punkt przeciwnika. Joseph nie zakrywał pleców. Przez chwilę tylko odpierałam jego silne ataki. Potem jednocześnie przycisnęłam miecz do piersi i obróciłam się kilka razy. On zdezorientowany nie zrozumiał, co próbuję zrobić i nie wcelował. To właśnie była szansa. Wytrąciłam mu miecz z ręki własnym. Wygrałam.
I na powrót znalazłam się w Sali Treningowej w otoczeniu Talarian z armii Kevina. Niektórzy śmiali się w głos inni byli na to zbyt zdziwieni. Joseph zaliczał się do obu grup. Uśmiechnęłam się szeroko i zachichotałam. W głębi tłumu – który rozrósł się bardziej, co zauważyłam dopiero teraz – zauważyłam Jeva. Patrzył na mnie… nie umiałam tego rozpoznać, lecz na widok jego miny serce zabiła mi szybciej, tak że musiałam odwrócić wzrok.
- Nieźle, Wietrze Veroniki – pochwalił mnie ojciec. Oczywiście mówił to swoim donośnym basem i wszyscy go usłyszeli. Joseph zakrył usta dłonią, a jego oczy wyrażały „Ale ze mnie debil! Przepraszam!”.
Wytrzeszczyłam oczy i szybko rozejrzałam się po Sali. „To ona?” Słyszałam szepty, które zmieniły się gwar. Zaklnęłam pod nosem i z kwaśną miną spojrzałam na Josepha.
- Baardzo ci dziękuję – sarknęłam, choć nie byłam zła. Co najwyżej zażenowana.
Ludzie podeszli bliżej, jednak zachowali ostrożność. Westchnęłam.
- Naprawdę?! To ty jesteś Wiatrem? – spytał się Luke (wciąż zły za ranek), którego nie dostrzegłam wcześniej. – Nie wierzę! – zaśmiał się z pogardą. Łajdak.
Na mojej twarzy odmalował się gniew. Naprawdę, coraz mniej go tolerowałam.
- Chcesz się przekonać? – Zagroziłam zimnym głosem.
- Ha! Dałaś radę ze starcem, co nie znaczy, że dasz radę ze mną, panienko! Broń się!
Dobył broni, lecz stałam tylko, nie poruszając się. Nadal uśmiechając się pogardliwie, wycelował...
I leżał na podłodze. Oparłam kolano na jego klatce piersiowej, miecz trzymałam przy jego szyi. Jego leżał po drugiej stronie okręgu, w który ustawili się ludzie. Oczy miał szeroko otwarte, dyszał ze strachu. Sparodiowałam jego wcześniejszy uśmiech i podniosłam się na nogi.
Niektórzy byli pełni podziwu, inni strachu, a Joseph – zadowolony i dumny. Zaśmiał się. Powoli skierowałam się do wyjścia – nie miałam najmniejszej ochoty dzisiaj tu siedzieć.
- Kto tu jest panienką, palancie? Idź piec bułki, tylko uważaj żeby ci mąka do oczu nie wpadła, bo się popłaczesz – sarknął mój ojciec do Luke’a. Ci którzy otrząsnęli się z szoku zaśmiali się, inni nadal po prostu stali. - Dobra, kto następny? Jestem gotowy, no dalej. – Ryknął Joseph i wyciągnął drewniany miecz. Nikt się nie poruszył.
 Wtedy do Sali wszedł Kevin. Jak zwykle wyglądał świetnie z rozrzuconymi na wszystkie strony blond włosami i niebieskimi oczami. Ludzie patrzyli na niego z podziwem tak jak ja. Nie ma co się dziwić. Zawsze był jak rycerz: uprzejmy, bardzo pomocny, życzliwy, poza tym był najmłodszym dowódcą talariańskiej armii i dostał się na dwór królewski. Tam polecił władcy Derila, który różnił się od brata swym wyjątkowym poczuciem humoru. No i oczywiście sposobem walki.
Kevin rozejrzał się po pomieszczeniu, uśmiechając się, gdy mnie ujrzał. Odetchnęłam na jego widok i jednocześnie powróciła do mnie narastająca ciekawość.

- No, wreszcie cię znalazłem. – Powiedział Kevin. - Twoja zmiana już się zaczyna.

wtorek, 21 stycznia 2014

6. Łaźnie.

    Obudziłam się, cała zesztywniała, z bijącym sercem lecz mimo tego wypoczęta. Przypominało mi się, jak kiedyś po długim treningu, z bolącym krzyżem zasnęłam na sofie, która szczerze mówiąc nie była najwygodniejsza. Następnego ranka czułam się jak po akupunkturze, przeprowadzonej przez niewidomego. Tak, to było o wiele gorsze doświadczenie. Przeciągnęłam się, usiadłam na łóżku i dopiero wtedy przypomniałam sobie wszystkie wydarzenia, zaczynając od kilku dni wstecz. Najpierw chłód schronu dla mieszczan, następnie smród tuneli, zapach krwi Arkanów, otrzeźwiające powietrze w lesie, spojrzenie Jeva na tle Nocnej Pochodni… potem kryjówkę, aż w końcu świadomość wysłała mi sen, z którego szponów właśnie się wyrwałam.
     Jev mnie pocałował. A mnie się to podobało...
     Nie! Starałam się nie wracać do tego wspomnieniami. Ciemność mnie oślepiała. Gdzie ja jestem?
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. A raczej spróbowałam się rozejrzeć. To był pewnie mój pokój. Mój wzrok jeszcze nie przyzwyczaił się do tych przerażających ciemności, więc po omacku poszukałam komodę. Gdy w końcu do niej dotarłam znalazłam na niej świecę i zapałki. Zapaliłam knot i dopiero wtedy rozejrzałam się po pomieszczeniu.
     Niczym nie różniło się ono od tego, w którym przed chwilą siedziałam z ojcem. Ściany tak jak tam były wyłożone drewnem, podłoga także. Unosił się tu zapach drzewa (a jaki niby miałby być inny), ale nie czuć było potu. Pomieszczenie było świeżo sprzątnięte. Przynajmniej takie wrażenie sprawiało. Na podłodze leżał identyczny materac, jaki widziałam w pokoju taty, szafa i komoda również. Tak jak myślałam: niczym nie różnił się od innych sypialni.
     Popatrzyłam jeszcze raz na blat komody. Oprócz świecy, która teraz była tu jedynym źródłem światła, leżał mosiężny klucz. Z boku wyryta była liczba 77. Numer pokoju, domyśliłam się. Zerknęłam na swój strój. I zauważyłam, że nie mam na sobie swojego płaszcza, długich butów, wełnianego, ubrudzonego krwią swetra, ani grubych spodni, tylko przewiewną koszulę nocną. Moje buty stały przy materacu, byłam boso.   Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, iż leży na mnie jak ulał. Ciekawe jak wyglądała moja twarz…
     Położyłam się z powrotem na materacu i wpatrując się w sufit myślałam o tym jak Jev złapał mnie w lesie. Znów widziałam przed oczami dwa głęboko osadzone rubiny, wpatrujące się we mnie z taką… intensywnością. Postanowiłam przestać blokować drogę mojej podświadomości i przypomnieć sobie mój bardzo, bardzo dziwny sen.
     Zastanawiałam się, czemu płakałam nad tym listem. Co w nim było? Tym się trochę zaniepokoiłam. A Jev… tego się nie spodziewałam. Jest w nim coś, czego nie mogłam rozszyfrować. Jak zawsze, nie umiem odgadywać uczuć ludzi. A jednak nie mogę sobie przypomnieć czy wcześniej kiedykolwiek widziałam by ktoś patrzył na mnie takimi szklistymi oczami. We śnie chciałam go pocałować, gdy tylko go zobaczyłam, co teraz przyprawiało mnie o ciarki. Jednocześnie serce zabiło mi szybciej. A co jeśli…
     W mig zastąpiłam tę myśl inną. Ale nie lepszą, ponieważ na myśl o tamtych ludziach, którzy zginęli przeze mnie... Tak, to była moja wina. Mogłam zaczekać, wybić Arkan, załatwić transport dla Talarian... Wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka. Jak mogłam być tak głupia?
     - Przepraszam – powiedziałam kierując to słowo do tych wszystkich ludzi. Przypieczętowałam to łzą, która niespodziewanie spłynęła mi po policzku. Wiedziałam, że w żaden sposób im tego nie wynagrodzę, jednak pozwoliło mi to zagłuszyć odrobinę wyrzuty sumienia. „ Jestem okropna”.
     Z westchnieniem podniosłam się z materaca, przeszłam przez pokój i otworzyłam komodę. Ze zdziwieniem patrzyłam na swoje ubrania, równo poskładane. W następnej szufladzie leżały bawełniane ręczniki. Wzięłam jeden z nich i wyszłam z pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym je obejrzałam. Drewniane, z wyrytą liczbą 77. Obejrzałam drzwi wokół. Z lewej numer 76, z prawej 78. Ruszyłam w stronę, z której malały. Zaczęłam szukać „łaźni”, co zajęło mi chwilę. Kiedy w końcu ją znalazłam, ucieszyłam się bardzo. Śmierdziałam jak mokry pies. Albo nawet gorzej. Z ulgą weszłam do środka.
     Pomieszczenie okazało się być kolejnym korytarzem wypełnionym kabinami. Oczywiście i tu musiało pachnieć drewnem, dodatkowo pomieszanym z potem. Było tu parę osób, słychać było jak ktoś przelewa wodę. Podreptałam boso do pierwszego z brzegu przedziału i rozejrzałam się po jego wnętrzu. Było małe, oddzielone od innych kabin jedynie cienką drewnianą ścianką niesięgającą do niskiego sufitu. Jednak nie tylko w podłogę w kuchni były powsadzane te dziwne kafle. Na środku stała mała ale szeroka marmurowa wanna. Położyłam na niej swój ręcznik i ubranie. A gdzie woda? Wyszłam z powrotem na korytarz.   Przechodził tamtędy akurat jakiś barczysty, czarnoskóry mężczyzna o szarych oczach. Był łysy, co mnie trochę zdziwiło, ale nie dałam tego po sobie poznać.
     - Przepraszam, skąd mogę wziąć gorącą wodę?
     Żołnierz zatrzymał się. Powiódł zdziwionym wzrokiem po mojej bawełnianej piżamie.
     - Nie wiesz? – Spytał niskim głosem.
     - Nie bardzo – szkoda, że nie umiałam powstrzymać tych rumieńców.
     - Pokażę ci. Chodź. – Skinął na mnie ręką.
     Ruszyłam za nim w głąb łaźni. Cisza znowu dzwoniła mi w uszach. Żołnierz jakby czytał mi w myślach, ponieważ ją przerwał.
      - Wiesz, przypominasz mi generała Kevina.
      Uśmiechnęłam się słabo. Znowu to samo.
       - Jestem jego siostrą. – Przyznałam z zażenowaniem. Ile osób mi już to mówiło? Nie zliczę ich na pewno teraz.
      Oczy mężczyzny rozszerzyły się.
       - To on ma siostrę? Widziałem tego, co wygląda jak szczur, ale nie wiedziałem, że ma siostrę.
      „Tego, co wygląda jak szczur”? Zaśmiałam się w duchu. Więc nie tylko ja to zauważyłam.
       - Tak, raczej się mną nie chwali – zaśmiałam się lekko.
       - Szkoda, bo jesteś całkiem ładna – oczywiście od razu złapałam aluzję. Przez krótką chwilę miałam ochotę przestawić mu nos. Rozdziawiłam świerzbiące palce, zacisnęłam je w pięści, powstrzymałam zamach. W końcu muszę się umyć…
      - Czyli nie wspominał również, że potrafię posługiwać bronią tak samo jak on? – Uporczywie wpatrywałam się w przód korytarzyka. Chciałam uśmiechnąć się łobuzersko, ale się powstrzymałam
     - Phi, jasne, bo taka chudzina jak ty...
     Nie dokończył, bo już leżał z głową przyciśniętą do podłogi moim kolanem.
     - Mówiłeś coś? – zamruczałam z zadowoleniem i w chwili, gdy otworzyły się drzwi od czyjejś kabiny, puściłam go, a on szybko się podniósł z podłogi. Mężczyzna wychodzący na korytarz niczego nie zauważył, ale flirciarz miał zaskoczoną twarz i z szacunkiem pokręcił głową. Nie mogłam dłużej powstrzymać uśmiechu.
      Nie zraziło go to, tylko się opamiętał i zmienił temat. Przyjemnie słuchało się jego bezsensownej gadaniny, uśmiechałam się. Mogłam spokojnie pomyśleć, kiedy nie było tak cicho. Mój przewodnik nazywał się Ernie, był kowalem, (co tłumaczyłoby jego bary) przyjaźnił się nawet z moim ojcem. Chwalił go i opowiadał jedną z historii, z przed wojny, której nie powtórzę, ponieważ nie słuchałam dokładnie. Zdawał się być całkiem miły. Zauważyłam, że przypominał trochę wielkiego miśka - jak Deril.
            Dotarliśmy do końca łaźni. W ścianie, naprzeciwko której staliśmy znajdował się otwór, trochę przypominał mały sklep. Na ladzie stały drewniane wiadra. W oknie stał jakiś facet, na nasz widok uniósł siwe brwi. Jego twarz zarosła brodą i zmarszczkami, które pokrywały również chude, długie palce. Długo nie widział słońca, był blady jak trup. Włosy wisiały wokół jego głowy, jak martwe węże.
            - Ernie, przed chwilą tu byłeś – rzucił do mojego przewodnika. Jego głos brzmiał jak rechotanie żaby. Spojrzał na mnie. Włosy zafalowały wokół jego twarzy. – Ciebie tu nigdy nie widziałem.
            - To dłuższa historia – szepnęłam.
            - Lubię takie. Zwłaszcza, gdy jemu – wskazał na Ernie’go patyczkowatym palcem – coś się w nich dzieje – uśmiechnął się przy tym złowieszczo, z dumą i pogardą. Już na pierwszy żut oka było widać, iż się nie lubią.
            - Ugrzejesz trochę wody, czy będziesz tak stał i gadał jak stara kwiaciarka, Jace? – odburknął zniecierpliwiony Ernie. Jace, zmrużył na chwilę oczy i wpatrując się w niego gniewnie, a potem mamrocząc coś pod nosem o niecierpliwości głupich, wycofał się do środka okna.
            - Czyli, że zawsze, kiedy będę szła się myć muszę iść tutaj po wodę i czekać aż on ją zagrzeje? – Jace nie wydawał się być przyjacielski. Właściwie to był przeciwieństwem Ernie’go, który był tak ufnie nastawiony.
            - Tak, potem wiadro odnosisz z powrotem tutaj, nie zapomnij. Jace nienawidzi, kiedy zostawia się wiadro w kabinie – uśmiechnął się drwiąco. Widać było jak na dłoni, że za nim nie przepada. Patrzył się w środek dziury.
            - A co z brudną wodą?
            - Tym to się już zajmuje Jace.
            Kiwnęłam głową. Dziwny był ten…
            - Czy jego praca jakoś się nazywa?
            - Woźny.
            Zaśmiałam się.
            - Nie wygląda na zadowolonego z pracy.
            Ernie wzruszył ramionami. Spojrzał na mnie.
            - Jak masz na imię? – spytał nagle.
            Rozważałam przez chwilę czy mu powiedzieć. W końcu jest z armii…
            - Sofie.
            - Miło mi było cię poznać, Sofie – uścisnęliśmy sobie ręce, z serdecznymi uśmiechami na twarzy. – Poradzisz sobie z Jase’em? Muszę lecieć.
            - Jakoś dam radę. Dziękuję, Ernie. Do widzenia.
            Ruszył w kierunku wyjścia nie oglądając się za siebie.
            Po kilkunastominutowym czekaniu na wodę zaczynałam się niecierpliwić. Na szczęście Jace właśnie wrócił z dwoma kubłami wody.
            - Poradzisz sobie, czy ci pomóc blondyneczko? – spytał zadziornie woźny. Uśmiechał się przy tym drwiąco. Trochę się zirytowałam, ale oparłam się tylko łokciami o blat i udając, że czyszczę paznokcie rzuciłam:
            - Jasne, moja kabina znajduje się na końcu korytarza. Dzięki, staruszku. – takim sposobem Jace nie odezwał się do mnie później ani razu, co właściwie było bardzo przyjemne, bo nie tracił czasu na gadanie. Poza tym jego rechotanie jest wprost nie do zniesienia. Schował się do środka, jakby się rozpłynął w czerni, mrucząc coś znowu pod nosem. Z chichotem złapałam za wiadra i zaniosłam do kabiny. Czułam na sobie jego gniewny wzrok, którym starał się przewiercić moje plecy na wylot. Korytarz był dość długi, więc zniknęłam mu niedługo z oczu.
            Postawiłam wiadra na podłodze obok wanny i przeciągnęłam do tyłu. Kręgi w kręgosłupie postrzelały mi. Niesienie kubłów z wodą było męczące. Następnym razem wybiorę jakąś kabinę na drugim końcu korytarza.
            Jeszcze raz rozejrzałam się po „pomieszczonku”. Nic się nie zmieniło. Czemu by miało, przeszło mi przez myśl. Tyle, że dopiero teraz, ze zdziwieniem zauważyłam na ścianie lustro. Nie było czyste, a na boku ciągnęła się rysa.
Przez chwilę wpatrywałam się w ściągniętą zdziwieniem twarz w zwierciadle. Brązowe, silne oczy odbijały wszystko, na co patrzyły, czereśniowe usta były lekko rozchylone, włosy wyglądały jak tysiące jasnych ostro zakończonych sztylecików zwisających w pasie. Wszystko podkreślała opalona skóra, która byłaby ciemniejsza gdyby nie siedzenie przez tydzień pod ziemią. Nie byłam ładna. Odkąd ostatnio widziałam lustro minęło przeszło półtora tygodnia, schudłam od tego czasu, moja twarz poszarzała, pod oczyma miałam ciemne wory, a włosy były poplątane. Krzywiąc się z tęsknoty za grzebieniem, związałam ciasno włosy rzemykiem.
Niespodziewanie zaburczało mi w żołądku. Tak zamyśliłam się nad stanem mojego, „zewnątrz”, że zapomniałam o „wewnątrz”. Miałam ochotę głośno się zaśmiać, ale się powstrzymałam. Zabrałam się do wlewania wody do wanny.
            Po umyciu się wróciłam do swojego pokoju. Założyłam zwykłą luźną damską tunikę i bawełniane spodnie. Ubierając się w moje buty usłyszałam pukanie do drzwi. 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

5. List

     Wyszłam szybko na korytarz. Przy tym tempie deski wbite po obu stronach korytarza zlewały się w jedno. Nie do końca świadomie szłam do Sali Treningowej. Gdy tam weszłam postanowiłam poszukać ojca i Nialla. Kevin mówił, że gdzieś tu są. Muszę ich tylko znaleźć.
     Nie zabrało mi to dużo czasu – ludzie byli ustawieni w okręgu krzyczeli i gwizdali, spoceni ale czymś podnieceni. Machali rękami, wzrok utkwiony mieli gdzieś w środku zamieszania.
     Przepchnęłam się przez tłum na sam środek. Było to trochę trudne ze względu na to, że cokolwiek tam się działo, pochłaniało ich uwagę i parę razy oberwałam w różne miejsca. Kiedy na reszcie przepchnęłam się do środka, byłam cała obolała, jednak na moją twarz wstąpił szeroki uśmiech, a moja złość uleciała, jak gdyby ktoś ją przejął ode mnie.
     Tata i Niall stali pochyleni i skupieni na sobie z mieczami wyciągniętymi na długość ramienia. Jak widać już długo walczyli, ponieważ obaj dyszeli ze zmęczenia, a na ich czołach widać było pot. Śmiali się wymachując mieczami z drewna.
     Ojciec był wysoki i umięśniony jak na kowala przystało. Wyglądał bardzo przystojnie z niebieskimi, troskliwymi oczami, (które odziedziczyli po nim Deril i Niall) jasnymi, siwiejącymi włosami, oraz opaloną skórą. Nie przypominał wyglądem mięśniaka, lecz troskliwego, uczciwego człowieka. Jedyna zmianą, jaką zauważyłam był strój. Był ubrany jak żołnierz: ciemna, wełniana koszula, gruba także ciemna marynarka oraz spodnie z tego samego materiału. Na biodrach zawiesił pas na miecze i noże.
     Niall, chodź najmłodszy z naszej czwórki, był najwyższy. Jego wygląd pasował do zawodu: szczurza twarz, ciemne włosy z blond pasemkami tu i ówdzie oraz jasne, błyskotliwe oczy. Jego ubranie było podobne do odzienia ojca (i całej armii), tyle, że był strasznie chudy i wygimnastykowany, więc kiedy stał obok taty wyglądał dziwnie.
     Zaczęłam się śmiać żeby „dyskretnie” zwrócić ich uwagę. Pierwszy zauważył mnie Niall. Splotłam ręce na piersi i przekrzywiłam swój uśmiech na lewą stronę. Zamurowało go to i ojciec wymierzył drewnianym mieczem w jego brzuch. Niall jęknął zaskoczony i padł na plecy. Wśród tłumu rozszedł się ryk, a na twarzy taty zagościł szeroki, zadowolony uśmiech. Pomógł wstać nadal skołowanemu synowi, który wciąż wpatrywał się we mnie. Tłum powoli się rozchodził.
     Postanowiłam podejść do taty i brata. Niall ogarnął się z szoku i wskazał na mnie. Ojciec podążył za jego wzrokiem. Tak jak on skamieniał na mój widok. Podbiegł do mnie i zamknął w niedźwiedzim uścisku.
     - Sofie, kochana! Tak się cieszę, że cię widzę! – ryknął. Ścisnął mnie jeszcze mocniej i odciął dopływ powietrza do płuc.
     - Ddd…uu… - spróbowałam mu to wyjaśnić. Ale on tylko ściskał mnie i ściskał.
     - Ta… jaa… s… du…du… - próbowałam podnieść głos. Niestety ojciec coraz głośniej cieszył się, że nic mi nie jest i mówił, jaki jest szczęśliwy, że nic mi się nie stało. Do oczu napływały mi łzy i coś, co wyglądało jak czarny śnieg. Dziwne, że ojciec jeszcze się nie zorientował.
     Do akcji wkroczyli Jev i Niall. Tego pierwszego w ogóle nie zauważyłam. Byłam skupiona na zwracaniu na siebie uwagi. Tłum już się rozszedł zostali tylko mój brat i niedawno poznany mężczyzna. Byli bardzo rozbawieni.
     - Joseph, puść ją wreszcie. Całą twarz ma siną – Jev śmiał się przy tym. Gdybym mogła oddychać zmyłabym mu ten śmiech z ust. Ale i tak byłam mu wdzięczna.
     Ojciec w końcu mnie puścił. Przez niedotlenienie przed oczami na przemian pojawiały się i znikały czarne plamki. Usiadłam, a raczej upadłam na podłogę i włożyłam głowę między kolana. Łapałam przy tym hausty powietrza.
     Tata, Niall i Jev pochylali się nade mną, zaniepokojeni. Ale w głosie Jeva słyszałam nutkę rozbawienia.  Nie wiem czy Joseph ją zauważył. Gestem (nie podnosząc głowy) kazałam Jevowi żeby nie komentował. Jak widać już przeszły mu wyrzuty sumienia.
     - Kochana, dobrze się czujesz? – Ojciec jak zawsze był troskliwy i nie zrażał się błędami. Nie oczekiwałam przeprosin. Nie lubiłam tego. Każdy popełnia błędy. Nie lubię, gdy później jakby wybudzają się z koszmaru, klękają, przepraszają godzinami i odchodzą. Kiedy ktoś szczerze żałuje stara się coś zrobić w zamian. Poza tym nie nawiedzę, kiedy „łaskawie coś się zrobi”. Zwłaszcza, jeśli są to przeprosiny. Ojciec o tym wiedział – w końcu nauczył mnie tego.
      Wolno kiwnęłam głową nadal trzymając ją między kolanami, ale oddech już mi się prawie ustabilizował.   Mroczki także nie napływały już na moje oczy falą czerni.
     - A myślałem, że to Arkanie wykończą twoją córkę, Joseph – Jev nie mógł się powstrzymać.
     - A wiesz, że ja też? – zgodził się z nim Niall. – Widzę, że jest już z tobą lepiej. Idę, bo muszę coś zrobić.   Zobaczymy się później  - odwrócił się i wyszedł. Ha, dobry wykręt. Nie musi teraz z nami siedzieć. Szkoda, że ja nie potrafiłam tak kłamać.
     Ojciec pochylił się niżej. Czułam jego oddech na twarzy, pachniał metalem, skórą i potem. Wstałam troszkę się chwiejąc.
     - Już mi lepiej. Miło cię znowu widzieć – objęłam go nadal trochę słaba i z bladym uśmiechem.
     Odsunął mnie na odległość ramienia. Chciał coś powiedzieć, ale go uprzedziłam.
      - Miałeś jakieś wiadomości od mamy?
     Zmarszczył brwi.
     - Chciałem właśnie zapytać o to samo.
     - Jak myślisz gdzie ona jest?
     - Ostatnia wiadomość dotarła z Sanadet. Może… - wahał się. Spojrzał na Jeva.  Tamten stukał palcami o brodę udając, że nie jest zainteresowany. – Może wiadomość jeszcze nie dotarła. Wiadomo, że Sanadet nie leży blisko Talarii.
Pokręciłam głową. Nie byłam taka przekonana do tego.
     - Mogę zobaczyć ten list? – Spytałam z wzrokiem wbitym w ścianę, na której wisiały bronie do ćwiczeń. Od malutkich sztyletów po ogromne topory. Sala Treningowa była chyba największą ze wszystkich zaraz po Stołówce. Tak jak w całej kryjówce i tu unosił się zapach drewna. Przez to, że chyba non stop ćwiczyli tu członkowie armii czuć było w Sali także pot. Sufit, przez to, iż byliśmy pod ziemią, był jak wszędzie nisko osadzony. Słychać było głuche stukanie drewna oraz jęki ćwiczących. Nie było ich dużo. Ledwo około pięćdziesięciu.
     Dziwne, że ludzie się na mnie nie gapili. Widać już poznali Josepha na tyle żeby zrozumieć, że czasami nie panuje nad sobą.
     - Oczywiście. – Ojciec ruszył do wyjścia.
     Chyba wszystkie pokoje wyglądały tak samo – nisko osadzony sufit, gruby materac wypełniony słomą, komoda oraz szafa na ubrania. Ściany i podłoga wyłożone drewnem. Unosił się tu zapach drzewa i potu. Pewnie mój pokój będzie wyglądał tak samo, pomyślałam. Usiadłam na materacu. Zmęczenie wróciło pełną falą tym razem jeszcze większe niż wcześniej. Miałam ochotę położyć się na boku, zamknąć oczy i zasnąć. Powstrzymałam chęć jęknięcia i rzucenia się na pościel.
     Tym czasem Joseph chodził po pomieszczeniu zaglądając do komody i szafy. Mruczał coś o tym, że powinien zatrudnić sprzątaczkę. Nie mógł znaleźć listu, zorientowałam się z rozbawieniem. Teraz już wyrzucał rzeczy garściami z komody. Spojrzałam w dół i dostrzegłam, że coś białego wystaje z pod materaca. Zmarszczywszy brwi wyciągnęłam z pod niego kartkę papieru. Zaczęłam czytać.

Kochani:
     Zatrzymałam się w Sanadet. To bardzo ładne miasto, w dodatku ludzie są bardzo uprzejmi. Zostanę tutaj trochę dłużej. Mieszkam w domostwie u pewnej Kaeli. Pomagam jej w pracy. Muszę trochę zarobić, ponieważ oszczędności, które dostałam od was, już mi nie starczą. Mam nadzieję, iż posłaniec szybko przyniesie mi odpowiedź.
     Gorąco pozdrawiam:
Carolin

     Mimo, iż list był krótki i rzeczowy zachciało mi się płakać. Powstrzymałam łzy. Przed oczami stanęła mi twarz matki: ciemne włosy tworzące wokół jej twarzy aureolę, głęboko osadzone, wszystko wiedzące czekoladowe oczy, najczerwieńsze usta, jakie świat widział, twarz w kształcie serca, dumna postawa…
     - Znalazłaś list? Już myślałem, że go zgubiłem – głos ojca dochodził jakby z oddali. Zamknęłam oczy, ale pod powiekami nadal widziałam twarz matki. Jej spojrzenie było takie ciepłe. Zawsze obdarowywała mnie taką miną, kiedy udawało mi się coś osiągnąć, taki dumny wyraz. Nagle pod powiekami jak latarnie zaświeciły mi piękne zielone oczy. Czułam się jakbym tonęła pod wpływem znajomych twarzy Jeva i matki. Słyszałam głos taty, wołał mnie, stojąc nad zieloną wodą. Boi się zanurzyć, przeszło mi przez myśl. A potem ta woda pochłonęła mnie falą ciemności i nie pozwoliła się wynurzyć.
     We śnie znowu stałam w lesie. Płakałam. Łzy, kapiące na list, który czytałam, wypalały kartkę. Padłam na kolana. W tym momencie zza drzew podbiegł do mnie Jev. Miał na sobie wyjściowy smoking, a ja dopiero teraz zorientowałam się, że wyglądam cudownie w upiętych jasnych włosach i bufiastej, szerokiej, kolorowej sukni z dekoltem. Pewnie wyglądałabym jeszcze lepiej gdym nie była czerwona od płaczu. Ale w tej chwili mnie to nie obchodziło.
     Widząc biegnącego w moim kierunku Jeva, zebrałam się w sobie i z trudem wstałam.
     - Wszystko w porządku? – spytał łagodnym szeptem, który brzmiał jak kołysanka.

     - Teraz tak – chciałam podejść do niego, objąć, pocałować, zabrać tam gdzie nikt nie będzie się patrzeć.   Ale nie mogłam. Gdy do niego ruszyłam - stał bardzo blisko, zaledwie trzy, cztery kroki – wydawało mi się, iż utknęłam w zaschniętym betonie. Uwolnić mnie mógł tylko Jev. Podchodził do mnie, bardzo powoli. Stał przede mną, a ja targana pragnieniem by wziął mnie w ramiona zaczynałam czuć ból. Wtedy Jev złapał mnie za ramiona i przyciągnął. Serce chciało wyrwać mi się z piersi, gdy patrzyłam w jego zielone oczy, odbijające moją twarz jak czarne lustro. Jev, Jev, Jev. Jego wiecznie mokre rubinowe oczy. Kości policzkowe podkreślone cieniami rzuconymi przez długie rzęsy. Lekko rozchylone wargi. Przywarł nimi do moich ust…  

czwartek, 2 stycznia 2014

4. Pod ziemią.

     Pierwsze, co zarejestrowałam wchodząc do podziemia to przyjemny chłód. To była duża odmiana, ponieważ w Talarii nawet noce były ciepłe. Przekonałam się potem, iż dalej idzie się tunelami tym robiło się zimniej.
     Kryjówka Talarian była bardziej rozbudowana niż sądziłam. Nie była to nora, z mchem na ścianie i przeciekającym dachem – tylko luksusowy podziemny pałac. Wszystkie ściany i podłogi obłożone były szlifowanymi deskami. W powietrzu unosił się zapach drewna i ziemi z kurzem. Choć panował tu chłód, zważywszy na to, że cała „baza” znajduje się pod ziemią, otoczenie urządzone było w taki sposób by dawać wrażenie ciepłego salonu. Do pierwszego pomieszczenia zeszliśmy po krótkich drewnianych schodkach. Było okrągłe i oświetlone pięcioma pochodniami. Gdzieniegdzie leżały pufy, a koło korytarza wisiał sznur.
     Siedziało tam trzech strażników. Dwóch z nich na mój widok podniosło się z puf z uśmiechem na twarzach. Rozpoznałam ich – Asal i Ignacio (nigdy nie poznałam ich nazwisk, bo zawsze mówili mi tylko „Błyskawica i Grzmot”) - najlepsi przyjaciele Nialla, z dzieciństwa.
     Właściwie niczym się prawie nie różnili. Obaj mieli czarne włosy, bladą skórę i obaj zawsze robili to samo w tym samym czasie, a nawet, kiedy nie zachowywali się jak jedna osoba, dokańczali się nawzajem. Odróżnić ich można było tylko jednym sposobem – oczami. Asal miał szare, a Ignacio – bursztynowe. Odkąd pamiętam zawsze robiłam sobie z nich żarty razem z Kevinem. Kiedyś ścigaliśmy się w piątkę – Niall, Kevin, bracia bliźniacy i ja - po mieście śmiejąc i nabijając ze zdziwionych i zdenerwowanych min ludzi. Asal i Ignacio zawsze robili najlepsze kawały. Deril zbytnio za nimi nie przepadał. Wolał unikać tej dwójki. Chyba nie mógł przeboleć, że ktoś oprócz niego potrafi robić tak świetne żarty.
     - Witaj z powrotem, droga koleżanko! – Rzucili razem bracia. Od razu się uśmiechnęłam.
     - A wy jak zawsze tacy sami – podaliśmy sobie ręce. Wtedy zauważyli Jeva.
     - Któż to tam się chowa za twoim bratem? – Spytał zadziornie Asal.
     - Czyżby to był twój rycerz? – Dodał Ignacio.
     - Gdzie zgubiłeś białego rumaka? – Zażartował Asal.
     - Pewnie panienka Sofie go wystraszyła – dokończył Ignacio.
     Do tej pory się śmiałam. Teraz byłam poirytowana. Za to oni pękali z dumy ze swoich żartów.
     - Bardzo śmieszne. To jest Jev Mariano. Jeden z poddowódców.
     Wtedy trzeci strażnik podniósł się z pufy, tak jak wszyscy śmiejąc się jeszcze z żartów braci bliźniaków. Nie znałam go. Był wysoki, szczupły, opalony, a jego oczy błyszczały przyjaznym i pociągającym błękitem. Brązowe włosy miał nierówno przycięte, ale podkreślały mięśnie szczęki. Nasze spojrzenia spotkały się w tym samym momencie, kiedy wyszedł z cienia pochodni. W przedsionku zapadła dziwna cisza, przerywana jedynie odgłosem naszych oddechów. Jego nadejście przywołało napięcie przypominające rozciąganie powietrza – było to zarazem niemożliwe i możliwe, ponieważ było prawie namacalne. Zamrugałam, na co on potrząsnął brązowymi włosami odgarniając je z oczu.
     - Sofie, to Luke Oddet, Luke, to Sofie – przedstawił nas sobie Kevin. Dziwne, że nie przedstawił go Jevowi. W powietrzu zastygło napięcie.
     Jev stanął przede mną rozładowując je. Cała ta scena musiała być trochę dziwna.
     - Ciebie skądś znam – Luke przekręcił głowę na bok i ocenił go. Zdaje się czy zamierzali się bić?
     Na szczęście Jev był mądrzejszy niż mi się zdawało i po grzecznym przedstawieniu się zszedł mu z drogi.    Przy okazji zauważyłam, że Luke jest wyższy od Jeva o głowę. I ode mnie.
     - Witam – podałam mu rękę, a on ją uścisnął i szepnął mi do ucha:
     - Twój chłopak jest chyba trochę zazdrosny – spojrzałam na Luka i jego łobuzerski uśmiech. A potem na Jeva. Miał zaczerwieniony kark. Na moje poliki też wstąpiły rumieńce. Trochę zaskoczyło mnie, że jest zły.
     - To nie mój chłopak – bąknęłam. On robił sobie ze mnie żarty. – Yy… Kevin może oprowadzisz nas po kryjówce, co? – Podrapałam się po karku zawstydzona.
     - Tak, chodźmy – przytaknął Jev.
     Kevin oprowadzał mnie po bazie bardzo sprawnie. Nie zadawałam pytań, bo musiałam znać cały rozkład dokładnie. Chodź przez pierwsze dziesięć par drzwi nie mogłam odpędzić od siebie tego dziwnego napięcia, które stało się namacalne, kiedy tylko Luke wstał z pufy. Nie musiałam patrzeć żeby wiedzieć, że Jev ma tak samo. Jednak nie miałam okazji się mu przyjrzeć, bo skręcił w jedne z licznych drzwi.
     Korytarze były wyłożone brązowym drewnem. Kiedy mijaliśmy je, ciemne słoje zlewały się w jedną plamę. Pochodnie usytuowane co kilka metrów po obu naszych stronach rzucały cienie na ściany korytarza. Poruszanie się nimi było trudniejsze niż zdawało mi się na początku. Czułam się jak w labiryncie drewna, światła i ziemi pod nogami. Spojrzałam na Kevina. Po kolei opowiadał o pomieszczeniach, których drzwi wyglądały bardzo podobnie. W pewnym momencie doszliśmy do rozwidlenia.
     - W którą stronę idziemy teraz? – szepnęłam. Cisza zalegająca wszędzie sprawiała, że dzwoniło mi w uszach. Było to dla mnie całkowitą nowością zważając na to, iż wychowałam się w mieście, pośród nawołujących do kupna krzyków, tupotu końskich kopyt, zgrzytu wozów. Teraz słyszałam tylko nasze oddechy i echo głosu pomieszanego z odgłosem naszych skórzanych butów.
     Kevin jak zawsze był poważny i w tej chwili przypominał miedziany posąg. Tyle, że było słychać jak oddycha. Wskazał palcem wskazującym lewy korytarz.
     - W tym korytarzu śpi armia. Tam wszyscy mają pokoje. Każdy ma swój numerek i dopasowany do niego klucz, którego musi pilnować. Chyba, że umie otwierać drzwi zamknięte na klucz, bez klucza – wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem i zerknął na moją zmęczoną twarz. Spojrzał na korytarz z prawej. – A tu jest zbrojownia, Sala Treningowa i łaźnia.
     Popatrzyłam na niego zdumiona.
     - Macie łaźnie?
     - To właściwie nie łaźnia tylko pomieszczenie, w którym jest mnóstwo wanien – uśmiechnął się zadziornie i ruszył w kierunku, z którego właśnie przyszliśmy. Po chwili spojrzał na mnie. Wciąż stałam i wpatrywałam się zdziwiona w korytarz po prawej.
     - Jak… Znaczy, co robicie z tą całą wodą…? – na moją twarz wylał się różany rumieniec.
Kevin uśmiechnął się szeroko i zaśmiał.
     - O to się nie martw.
Kiwnęłam głową.
     - Idziesz? – zniecierpliwił się Kevin po chwili. I to była właśnie jego najdziwniejsza cecha. Od kiedy pamiętam zawsze szybko się denerwował i wybuchał. To było dziwne, ale wszyscy, nawet, zdaje się Jev, byli do tego przyzwyczajeni. Oczywiście, gdy chodziło o poważne sprawy starał się opanować, lecz kiedy chodziło o jakąś drobnostkę spinał się i mruczał pod nosem.
     Wracając korytarzami powtarzałam sobie rozkład. Akurat, kiedy skończyłam znaleźliśmy się w wielkim pomieszczeniu, które służyło za stołówkę, na której nie było prawie wcale ludzi. Jedynie około dziesięciu członków armii. Siedzieli przy dwóch długich stołach na ciągnącej się wzdłuż niego ławą. A gdzie była reszta? – zastanawiałam się. Przypominając sobie rozkład mogłam jednak się domyślić, że niktórzy śpią, inni ćwiczą, jeszcze inni korzystają z tej „łaźni” (czymkolwiek to na prawdę było), lub siedzieli w browarni. Kiedy obok nich przechodził Kevin na ich twarzach pojawiał się szacunek. Zapach drewna mieszał się z zapachem solonego jedzenia.
     Na końcu Sali weszliśmy za drzwi kuchenne. Pokój był mały, sufit nisko osadzony. W jednym kącie nawet wystawał z niego korzeń. Chyba było to jedyne pomieszczenie niewyłożone drewnem.  Za to w czarną ziemię na ścianie i podłodze wepchnięto białe kafle. Kontrast był bardzo widoczny. Były tu tylko trzy szafki stojące jedna na drugiej pod ścianą. Dalej widać było mniejsze drzwi może trochę wyższe ode mnie. A ja nie byłam zbyt wysoka. Oprócz szafek stał tu okrągły stół, a wokół niego 10 krzeseł. Wszystkie te meble wykonane były z drewna.
     Jev już tam był i zapalał świece. Postawił jedną na stole a drugą na szafkach, co trochę rozświetliło pomieszczenie. Usiedliśmy przy stole, od razu poczułam zmęczenie w mięśniach. Zapadłam się w krześle, jak gdyby było super-wygodnym łóżkiem. Ziewnęłam i z trudem otworzyłam oczy.
Po mojej lewej siedział Jev coś jedząc. Chyba kiełbasę… Naprzeciwko oparty o kamienną ścianę stał Kevin. Nie wiedziałam jego wyrazu twarzy, ponieważ ukrył ją w cieniu świecy. Nie mogłam już dłużej znieść tej ciszy. Postanowiłam przerwać ją zadając pytania.
     - Gdzie Deril? – Zaczęłam od najprostszego.
     - Dopiero skończył wartę. Pewnie śpi – Kevin nadal stał z założonymi rękami. Zdawało mi się czy też był zmęczony? Z tego, co opowiadał mi podczas oprowadzania wynika, że każdy, kto tu mieszka codziennie ćwiczy lub stoi na warcie – to wszystko jest rozpisane przez moich braci i paru innych głównych oficerów. Jak widać on też miał męczący dzień.
     - To przezorność czy wiedzieliście o przeciekach? – Dobrze wiedział, że chodzi mi o zdradzę jego przyjaciela. Skoro on zdradził pewnie znajdą się także inni.
     - I jedno, i drugie.
     - Wiem, co jest tym przeciekiem – do rozmowy włączył się Jev. Pachniało od niego kiełbasą, którą właśnie ze smakiem pochłonął. Jednak widziałam, że on również poszedłby spać. – Właściwie to chyba było. Zdaje mi się, że to Victor, przyjaciel Derila.
     Kevin zmarszczył brwi.
     - Tak o nim wiem – wymruczał. – Ale Deril nie chce mi uwierzyć… Chwila, dlaczego „był”? – spytał nagle. Zaczerwieniłam się.
     - Musiałam to zrobić – wyszeptałam, ze wzrokiem wbitym w kant stołu. Z nerwów zaczęłam obrywać drzazgi i je łamać na pół. – Dowiedział się o naszych tunelach – tu spojrzałam na Jeva, z przymrużonymi powiekami. Teraz to on odwrócił wzrok.
     Kevin nadal nie wiedział, o co chodzi. Z uniesionymi brwiami przenosił wzrok z mojej twarzy na twarz Jeva.
     - Skąd wiedział o tunelach?
     - To moja wina – przyznał mój kompan. – Powiedziałem, że ukrywacie się w innym bunkrze.   Powiedziała, że wie o podbiciu schronów przez Arkanów i musi się stąd wydostać by was o tym powiadomić. Wymknęła się. Ja jej pomogłem przyciągając uwagę i powiedziałem Victorowi o tunelach żeby wyjść za Sofie. Pomyślałem, że skoro jest przyjacielem Derila to nam pomoże. A on wziął obstawę i polazł za nami. Nie wiem czy nie powiedział innym… przepraszam was za to.
     Dostał słowotoku. Aż mnie zadziwił. Nie ilością, ale szybkością. Nigdy nie widziałam człowieka, który na jednym wdechu powiedziałby aż pięć słów. Chyba bolała go głowa, bo pokręcił nią parę razy. Zmęczenie od razu mnie opuściło.
     Kevin wyglądał trochę na rozbawionego, ale przede wszystkim był wściekły. Podczas gdy Jev się tłumaczył patrzyłam na mojego brata z zaciekawieniem. Jego mina z sekundy na sekundę zmieniła wyraz. Najpierw był zdumiony i zamyślony. Zbladł, wytrzeszczył oczy. A potem na jego twarz wróciły kolory wraz z napięciem w szczęce. Chyba nieświadomie podchodził powoli do Jeva, zaciskając pięści. Dobra postraszyłam go, trzeba jednak to zakończyć, inaczej wojsko zaraz straci kuchnię. W ostatnim momencie złapałam mojego brata za rękę. Jego pięść prawie dotknęła nosa Jeva.
     - Spokojnie, Kevin. Wypytałam się go, ile wie. A potem… - przerwałam, bo do kuchni właśnie wszedł Deril. Stanął w drzwiach zdębiały.
     - Sofie? – Tylko tyle udało mu się wyjąkać. Jego brązowe włosy były w nieładzie, co było normalne, niebieskie, szeroko otwarte oczy, a na jego ekwipunek składała się głównie ogromna szabla. Najwyraźniej nie zauważył ani Jeva ani pięści Kevina tuż przy jego nosie.
      Pobiegłam do niego, zapominając o naszym sporze, i przytuliłam. Objął mnie i nie puszczając spytał.
     - Kevin, ty też ją widzisz prawda? Bo chyba mam jakieś zwidy. Wydawało mi się, iż ktoś mówił coś o zdradzie mojego przyjaciela. Co, oczywiście, nie mogłoby by być prawdą – zapewne posłał bratu spojrzenie spod przymrużonych powiek.
     Zarumieniłam się. Znowu. Dodatkowo zaczęły mi się pocić dłonie. Gdyby nie to byłabym świetnym kłamcą.
     - Puścisz mnie już, maleńka? – Mój brat zawsze podchodził do wszystkiego na luzie i prezentował swoje muskuły. Przeszedł przez pokój i sięgnął do spiżarni. W tym czasie dawaliśmy sobie w trójkę nieme znaki: Kevin przekazał Jevowi i mi „Nie mówcie mu, bo nie żyjecie”, a ja „Nie mówcie mu, że zabiłam jego najlepszego przyjaciela”, za to Jev tylko kiwał głową. Deril odwrócił się do nas przodem i wszyscy zasiedliśmy do stołu. Opowiedziałam, Derilowi tę samą historię, bez paru szczegółów. Potem zaczęłam pytać się dalej.
     - Gdzie ojciec? I Niall?
     - Spokojnie. – Teraz to Kevin musiał uspokajać mnie. – Są tutaj. Prawdopodobnie trenują.
     - Szkolą się do armii? – spytałam zaskoczona.
     - Żebyś widziała, jaki ojciec jest dobry! Jak na swoje lata – zaśmiał się Deril.
     Spojrzeliśmy się na niego spode łba.
     - Nie w głowie mi teraz żarty, Deril – powiedziałam. Zwróciłam się do Kevina. Może kochałam mojego brata, ale nie miałam nastroju na kawały. – Ilu was jest?
    - Zaledwie parę setek, ale…
     -Ale to się zmieni – przerwali mu Jev i Deril. Uśmiechnęli się do siebie groźnie jak gdyby zamierzali właśnie wyjąć swoje sztylety i powybijać całą armię Arkanów na raz.
     - A co z jedzeniem? Skąd je bierzecie?
     - Arkanie nie zapuścili się aż tak daleko w las. Dlatego nie odkryli naszej kryjówki i dlatego nasze wielkie pola w środku lasu nie zostały odkryte.
     - Idioci – mruknął pod nosem Deril.
     Zignorowaliśmy go.
     - Takie małe pytanie. Dlaczego musiałam gnić w tej pułapce, podczas gdy wy siedzieliście sobie tutaj i mieliście wszystkiego pod dostatkiem?!
     - Sofie. Usiądź – rozkazał Kevin. Stałam i rękami upierałam się o stół nad głową Kevina, ze wściekłością w oczach. Może odrobinkę przesadziłam. Zrobiło mi się wstyd. Posłuchałam go i rozejrzałam się po wszystkich trzech twarzach.
      Jev był trochę wystraszony, trochę rozbawiony i zszokowany. Podobne uczucia miotały Derilem, ale Kevin był skoncentrowany i opanowany.
     - Nie zostawiliśmy cię tam żeby zrobić ci na złość – tłumaczył Kevin – tylko żeby wiedzieć czy nas przejęli. Dałabyś radę pięciu kowalom, a co dopiero wychudzonym Arkanom. Jesteś sprytna i wiedzieliśmy, iż szybko ich rozgryziesz. Tylko zapomnieliśmy, że wysłaliśmy też Jeva – schował głowę w dłoniach.
     - Coś mnie ominęło? – Spytał zdezorientowany Deril.
     - Mieliśmy mały poślizg, nic takiego – machnęłam ponownie spoconą ręką.
     Deril kiwnął głową.
     - Czy tata, mama i Niall też wiedzieli o tej kryjówce?
      Moi bracia szybko wymienili spojrzenia. Kevin się zawahał.
      - Tak.
     W moim żołądku zrodził się ogień, który rozprzestrzenił się po całym ciele jak krew w żyłach. Zacisnęłam dłonie na stole, aż zbielały mi palce.
     - Czyli wychodzi na to, że tylko ja nie wiedziałam? – Głos podskoczył mi o oktawę. To nie było fair. Chodź wiedziałam, że to było dla ochrony armii w tym momencie wściekłam się nie na żarty. Ogień w moim ciele spalił moje poczucie winy i wstyd.
     Kevin patrzył na mnie skupiony.
     - Powinnaś zrozumieć, że… - zaczął ale nie dałam mu skończyć. Wszystkie skumulowane emocje dnia uwolniła złość. Cóż, taka już byłam – wybuchowa. Może gdybym się uspokoiła wyrzuty sumienia wróciłyby, lecz na ten moment mogłabym rzec, że nie wiem co to.
     - Uważasz, że jestem głupia?! – Odeszłam kawałek od stołu. Czułam jak przez zdrętwiałe palce przepływa mi krew. Zignorowałam to i zacisnęłam dłonie w pięści. – Co by się stało gdybyście mi powiedzieli? Przecież by zrozumiała.
     - W końcu byś się zorientowała, że Arkanie przejęli kryjówkę. Uciekłabyś i wyjechała. Obiecaliśmy matce, że do niej pojedziesz. Tak ustaliliśmy… - uciął widząc moją twarz. Tak się o nich martwiłam. Siedziałam tam i bałam, że stało się coś złego, a tymczasem oni uknuli “spisek” przeciwko mnie. Miałam ochotę rozbić stół kantem dłoni.
     - Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję ochrony – zaczęłam ściszać głos. - Potrafię walczyć, Kevin. Moje miejsce jest tutaj. Powiedzieliście mi, że przyjdziecie – odwróciłam wzrok. – Czekałabym na was. Chcieliście, żebym myślała, iż nie żyjecie?
     Rozejrzawszy się z gniewnym i rozżalonym wyrazem twarzy, kątem oka zauważyłam, że w pomieszczeniu nie ma Jeva. Musiał wyjść, gdy zorientował się, że to już nie jest objaśnianie. Właściwie to też nie miałam ochoty dłużej prowadzić tej kłótni.

     - Sofie… - zaczął Kevin, ale już zatrzasnęłam drzwi do kuchni i nie słyszałam, co do mnie mówił. Albo raczej chciał powiedzieć.