- Sofie! To ja! – krzyknął chłopak, ten, który mi pomógł. Co
on do cholery wyczyniał? Zaraz mu pokażę. Jeśli ktoś pójdzie za nami inni to
zauważą.
Opuściłam miecz, ale nie schowałam. Poczekałam aż do mnie
doszedł. Złapałam go za koszulę i przycisnęłam do ściany. Jęknął zaskoczony.
- Czemu za mną poszedłeś? – Spytałam. Starałam się w to
włożyć trochę jadu. Musiał poczuć, że ze mną się nie zadziera.
- Myślałem, iż chcesz wiedzieć gdzie chowają się twoi
bracia… - mimo arogancji wyczułam w jego głosie nutkę strachu. Puściłam go.
Może i nie podobało mi się to, że za mną polazł to faktycznie bez niego moje
szanse na znalezienie braci były nikłe.
- Dobra. Niech ci będzie. Ale jeśli jeszcze raz odwalisz coś
takiego…
- Rozumiem – uśmiechnął się łobuzersko.
- Sprawdziłeś czy nikt cię nie śledzi? I jak udało ci się
odwrócić uwagę tych ludzi? Po tym całym twoim przedstawieniu ludzie musieli się
na ciebie patrzeć – założę się, że jak na wariata.
- Spokojnie. Jestem pewien, że jesteśmy bezpieczni.
- Obyś miał rację.
Szliśmy korytarzami przez parę godzin. Musiałam łapać
chłopaka za koszulę żebyśmy się nie rozdzielili. Ale natychmiast go puszczałam.
Nie podobał mi się ten magnetyzm. Kevin zrobił wiele korytarzy by w razie,
czego intruz nie wiedział jak się stąd wydostać. Teraz tylko utrudniało mi to
bezpieczne wydostanie się stąd. Ale na reszcie wyszliśmy na powietrze przez
otwór w ziemi.
Znaleźliśmy się na ulicy, która jeszcze nie dawno była
najbardziej zatłoczoną drogą w naszym mieście. Teraz wyglądała okropnie.
Zachodzące słońce sprawiło, że ulica zdawała się być nawiedzona. Kiedyś
myślałam, że odór spoconych ciał handlarzy jest najgorszy, ale zmieniłam zdanie,
gdy doszedł do mnie smród rozkładających się ciał i zaschniętej krwi. Ślady,
które zostawiła widać było na każdym kroku. Drzwi powyrywane były z zawiasów i
użyto ich, jako podpałki. Ogień już zgasł, ale szkody, jakie narobił widać było
gdziekolwiek się spojrzało. Spalone budynki, drzewa, ciała. Od upadku armii
minął tydzień. Wiedziałam, że zniszczą miejsce, w którym się urodziłam, ale w
oczach i tak stanęły mi łzy. Spojrzałam na mojego kompana. On także czuł się
strasznie. Zauważyłam to po sposobie, w jakim zaciskał usta. Zdradzały go także
oczy.
Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas. Złapałam chłopaka za koszulę
i wepchnęłam do najbliższego budynku. Wcześniej była tu siedziba szewca.
Musieliśmy uważać na gruz walający się wszędzie. Okno wychodziło na ulicę, z
której zeszliśmy, więc widzieliśmy jak z tunelu wychodzi trójka mężczyzn
ubranych w jaskrawe pancerze. W pierwszej chwili przeraziłam się i pomyślałam,
że naprawdę mamy szczęście. A w drugiej wściekłam się na kompana. Co on sobie
myślał wychodząc ze schronu? A teraz i ludzie chowający się mogą zginąć.
Wepchnęłam chłopaka za ladę sklepową i sama za nią
uklęknęłam. Przez chwilę obserwowałam Arkanów. Dwóch o czymś rozmawiało a
trzeci właśnie poszedł dalej ulicą. Potem posłałam chłopakowi mordercze spojrzenie.
- „Spokojnie. Jestem pewien, że jesteśmy bezpieczni” –
zacytowałam jego słowa. Tyle, że on powiedział to z pewnością i dziwnym
zaufaniem, a ja ze wściekłością i sarkazmem.
- Ale byłem pewien… - wyglądał na skołowanego. Zmarszczył
brwi i wychylił się zza lady.
- Co ty robisz?! Zauważą nas. Chcę w miarę możliwości dostać
się bezpiecznie do moich braci, a ty mi to utrudniasz.
Mina chłopaka zmieniła się na wściekłą. Teraz to ja
zmarszczyłam brwi. Zerknął na mnie i widząc moją minę wyjaśnił:
- Widzisz tego wysokiego bruneta? On jest, a raczej był
najlepszym przyjacielem Derila. Pracowali razem w wojsku. On także był z nami w
schronie. Ja… powiedziałem mu o tunelu.
Skulił się w oczekiwaniu na moją reakcję.
Żeby go nie udusić zgięłam palce na półce pod ladą. Zaciskałam
je tam mocno aż pobielały mi kłykcie. Byłam tak wściekła, że moje oczy ciskały
błyskawice w kierunku chłopaka.
- Zanim cię uduszę, od powiedz mi na jedno pytanie.
- Tak?
- Czy ty wychowałeś się za granicą?
- Skąd to pytanie?
- Czy słyszałeś o jakimś, Talarianinie, który ufałby innym
ludziom w takich sytuacjach?
Nie zdążył od powiedzieć, ponieważ jeden z Arkanów wszedł do
sklepu. Skuliliśmy się pod ladą. Pokazałam kompanowi na migi żeby się stąd nie
ruszał. Miałam nadzieję, że tym razem posłucha. Gdy wróg pochylił się nad
rozkładającym się ciałem szewca skoczyłam na niego z mieczem w ręku i podcięłam
mu nogi. Zaskoczony, uderzył o ziemię głową. Przystawiłam mu ostrze do gardła
chcąc by się nie ruszał, żebym mogła się dowiedzieć ilu jego ludzi wie o tunelu.
Niestety stracił przytomność.
- Zostań z nim i pilnuj go. Lepiej tym razem mnie posłuchaj,
jeśli chcesz żyć. – rzuciłam chłopakowi, wychodząc ostrożnie z budynku. Jeden z
dwóch pozostałych Arkanów pilnował wejścia. Wyszłam z cienia – z mieczem schowanym
za plecami i udawanym strachem – a mężczyzna podniósł się z ziemi i wyjął
szablę z pochwy.
- Kim jesteś? – spytał z charakterystycznym dla Arkanów
akcentem. – I co tutaj robisz?
Podszedł bliżej, pewny już, że nic mu nie zrobię. Przeczesał
dłonią ciemne włosy. Czas na atak.
Wyjęłam schowany miecz i zaatakowałam. Typek od razu
zmiarkował, o co chodzi i odparł atak. Teraz to on atakował, a ja się broniłam.
Ale jego natarcia były dość słabe. Oczywiście mogła być to przykrywka. Taka,
jaką używałam.
Za moimi plecami trzeci Arkanin krzyczał coś w obcym języku.
Słyszałam jak zbliża się w naszym kierunku. Prawdopodobnie nie mówił po
naszemu. Muszę przesłuchać tylko jednego.
Mężczyźni napierali ze wszystkich stron, z mojej twarzy
powoli zaczynał spływać pot. Kopnęłam przyjaciela Derila w brzuch aż zatoczył
się z bólu i upuścił miecz. Drugi uniósł szablę do góry, więc schyliłam się,
wyciągnęłam ukryty w bucie sztylet Sai (dodatkowo przechowywany w pochwie,
wypełnionym wcześniej niezwykle trującym jeden żaby) i wbiłam mu w bok. Facet
zaskoczony jęknął z bólem w oczach i zatoczywszy się, padł na twarz. Wokół
niego zaczęła się tworzyć plama czerwonej posoki. Brunet sięgał po miecz nadal
skrzywiony. Podbiegłam i przycisnęłam mu kark do ziemi. Usiadłam na nim.
- Ilu z was wie o tunelach?! – krzyknęłam. Musiałam poluźnić
trochę ucisk żeby mógł mówić i oddychać. Próbował się wyrwać, ale ja
przystawiłam mu zakrwawione ostrze do gardła. Nie chciał mówić. Ja się
odezwałam. – Ten sztylet jest nasączony jadem żaby. Albo powiesz mi, co wiesz o
tunelach albo go posmakujesz. Co wolisz? Wybieraj. Twój czas się kończy – nadal
nie chciał mówić. Zaczynałam się niecierpliwić. – Jeszcze mogę porozmawiać z
twoim kompanem – syczałam zza zaciśniętych zębów. Uderzyłam jego głową o
ziemię.
Znowu jęknął.
- Przestań! Wiemy tylko my trzej!
- Na prawdę? I nie zostawiliście nikogo na straży?
Spojrzał na mnie przerażony. – Przysięgam! Przyszedł taki
jeden i mówi, że mam się śpieszyć i iść za nim. Nie miałem czasu, ledwo udało
mi się znaleźć dwóch Arkanów.
- Przejęli bunkier, prawda? Mów!
Mężczyzna wytrzeszczył oczy, czułam pod palcami jego
przyśpieszający puls. Mocniej przycisnęłam sztylet do jego krtani.
Brunet kiwnął lekko głową nie mogąc wydusić ni słowa.
- Wiedziałam. – zaklnęłam. – Co chcecie zrobić z tymi
ludźmi? Zabić?
Milczał. Przybliżyłam zmrużone oczy do jego twarzy,
przerażając go jeszcze bardziej. Sai przesunęłam po jego skórze – wszystkimi
trzema końcami – po brodzie, ustach, zatrzymując środkowy koniec sztyletu nad nosem,
także pozostałe dwa końce sztyletu majaczyły mu przed oczyma. – Jedno pchnięcie – szepnęłam – i po
tobie.
Brunet spróbował przełknąć, ale nie pozwoliłam mu i się
oślinił.
- Oni.. oni n-nie żyją. – Wyjąkał. - Już... z-za p-późno.
Krew zamarzła mi w żyłach, a potem zaczęła w nich krążyć
kilkakrotnie razy szybciej i napłynęła mi do twarzy oraz zaszumiała w uszach.
Zapanowała tak przerażająca cisza, że po plecach przeszły mi ciarki.
- To za zdradę kraju, popaprańcu! – Wrzasnęłam na Bruneta i przejechałam
mu sztyletem po szyi i wytarłam ostrze o jego rękaw, a następnie wsadziłam go z
powrotem do buta. Spojrzałam jeszcze raz, z odrazą, na bruneta i krew
sklejającą jego włosy. Może byłam dobrą wojowniczką, lecz na widok krwi zawsze
odwracałam wzrok i powstrzymywałam mdłości. Jednak nie mogłam zostawić ciał tak
na środku ulicy. Zatykając nos (zapach krwi zawsze mnie odrzucał) złapałam go
pod pachy i zaciągnęłam za róg wrzucając do jakiegoś budynku. To samo zrobiłam
z drugim. Gdy skończyłam oparłam dłonie o kolana. Po pierwsze, dlatego, iż znów
miałam ochotę zwymiotować przez nowy ślad z czerwonej posoki ciągnący się od
miejsca walki do budynku, przy którym stałam, a po drugie, ponieważ te ciała
były strasznie ciężkie. Przez chwilę zastanawiałam się wcześniej czy poprosić
tego idiotę o pomoc, ale odrzuciłam tę opcję. Spojrzałam na siebie i jęknęłam.
Wełniany sweter, który miałam na sobie cały był ubrudzony krwią. Super,
pomyślałam, teraz już w ogóle nie będę mogła oddychać. Zdjęłam płaszcz, przerzuciłam
golf tak, że teraz plama była na plecach. Powinnam wrócić do kryjówki.
Kiedy jeszcze lekko dysząc weszłam do budynku, w którym był
mój kompan, zastałam go stojącego nad ciałem trzeciego Arkana. Jego skrzywiona
mina zaniepokoiła mnie.
- Co jest? – spytałam zwalniając.
- Obudził się – szepnął. Wtedy dostrzegłam krew na rękach
chłopaka. Zabił go…
- Pierwszy raz zabiłeś człowieka?
Skinął głową. Patrzyłam jak jego zbladła twarz zmienia kolor
na zielony. Niespodziewanie chłopak złapał się za brzuch, obrócił plecami do
mnie i pochyliwszy się zwymiotował.
Zbliżyłam się do ciała nieprzyjaciela i zdarłam z niego
kawałek tkaniny. Przy okazji zauważyłam rozcięcie na jego czole i sączącą się,
tworzącą kałużę, krew. Podałam szmatę kompanowi. Po chwili wyprostował się. Był trochę blady, trochę zielony. Oczy miał mokre i szeroko otwarte.
Wiedziałam jak to jest. Najlepszym sposobem żeby nad tym nie
myśleć jest odwrócenie uwagi.
- Gdzie ukryli się moi bracia? Musimy ruszać – starałam się
być delikatna acz stanowcza. Niestety moją wadą było to, iż nie potrafiłam
dogadywać się z ludźmi. I niestety w moim słowniku brakowało pojęcia „być taktownym”.
- Tak, chodźmy. Nie mogę już tu tak stać – wzdrygnął się i
potrząsnął głową.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. A potem spoważniałam.
- Prowadź.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz