poniedziałek, 30 grudnia 2013

2. Nieprzyjemne spotkanie

     - Sofie! To ja! – krzyknął chłopak, ten, który mi pomógł. Co on do cholery wyczyniał? Zaraz mu pokażę. Jeśli ktoś pójdzie za nami inni to zauważą.
     Opuściłam miecz, ale nie schowałam. Poczekałam aż do mnie doszedł. Złapałam go za koszulę i przycisnęłam do ściany. Jęknął zaskoczony.
     - Czemu za mną poszedłeś? – Spytałam. Starałam się w to włożyć trochę jadu. Musiał poczuć, że ze mną się nie zadziera.
     - Myślałem, iż chcesz wiedzieć gdzie chowają się twoi bracia… - mimo arogancji wyczułam w jego głosie nutkę strachu. Puściłam go. Może i nie podobało mi się to, że za mną polazł to faktycznie bez niego moje szanse na znalezienie braci były nikłe.
     - Dobra. Niech ci będzie. Ale jeśli jeszcze raz odwalisz coś takiego…
     - Rozumiem – uśmiechnął się łobuzersko.
     - Sprawdziłeś czy nikt cię nie śledzi? I jak udało ci się odwrócić uwagę tych ludzi? Po tym całym twoim przedstawieniu ludzie musieli się na ciebie patrzeć – założę się, że jak na wariata.
     - Spokojnie. Jestem pewien, że jesteśmy bezpieczni.
     - Obyś miał rację.
     Szliśmy korytarzami przez parę godzin. Musiałam łapać chłopaka za koszulę żebyśmy się nie rozdzielili. Ale natychmiast go puszczałam. Nie podobał mi się ten magnetyzm. Kevin zrobił wiele korytarzy by w razie, czego intruz nie wiedział jak się stąd wydostać. Teraz tylko utrudniało mi to bezpieczne wydostanie się stąd. Ale na reszcie wyszliśmy na powietrze przez otwór w ziemi.
Znaleźliśmy się na ulicy, która jeszcze nie dawno była najbardziej zatłoczoną drogą w naszym mieście. Teraz wyglądała okropnie. Zachodzące słońce sprawiło, że ulica zdawała się być nawiedzona. Kiedyś myślałam, że odór spoconych ciał handlarzy jest najgorszy, ale zmieniłam zdanie, gdy doszedł do mnie smród rozkładających się ciał i zaschniętej krwi. Ślady, które zostawiła widać było na każdym kroku. Drzwi powyrywane były z zawiasów i użyto ich, jako podpałki. Ogień już zgasł, ale szkody, jakie narobił widać było gdziekolwiek się spojrzało. Spalone budynki, drzewa, ciała. Od upadku armii minął tydzień.     Wiedziałam, że zniszczą miejsce, w którym się urodziłam, ale w oczach i tak stanęły mi łzy. Spojrzałam na mojego kompana. On także czuł się strasznie. Zauważyłam to po sposobie, w jakim zaciskał usta. Zdradzały go także oczy.
     Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas. Złapałam chłopaka za koszulę i wepchnęłam do najbliższego budynku. Wcześniej była tu siedziba szewca. Musieliśmy uważać na gruz walający się wszędzie. Okno wychodziło na ulicę, z której zeszliśmy, więc widzieliśmy jak z tunelu wychodzi trójka mężczyzn ubranych w jaskrawe pancerze. W pierwszej chwili przeraziłam się i pomyślałam, że naprawdę mamy szczęście. A w drugiej wściekłam się na kompana. Co on sobie myślał wychodząc ze schronu? A teraz i ludzie chowający się mogą zginąć.
     Wepchnęłam chłopaka za ladę sklepową i sama za nią uklęknęłam. Przez chwilę obserwowałam Arkanów. Dwóch o czymś rozmawiało a trzeci właśnie poszedł dalej ulicą. Potem posłałam chłopakowi mordercze spojrzenie.
     - „Spokojnie. Jestem pewien, że jesteśmy bezpieczni” – zacytowałam jego słowa. Tyle, że on powiedział to z pewnością i dziwnym zaufaniem, a ja ze wściekłością i sarkazmem.
     - Ale byłem pewien… - wyglądał na skołowanego. Zmarszczył brwi i wychylił się zza lady.
     - Co ty robisz?! Zauważą nas. Chcę w miarę możliwości dostać się bezpiecznie do moich braci, a ty mi to utrudniasz.
     Mina chłopaka zmieniła się na wściekłą. Teraz to ja zmarszczyłam brwi. Zerknął na mnie i widząc moją minę wyjaśnił:
     - Widzisz tego wysokiego bruneta? On jest, a raczej był najlepszym przyjacielem Derila. Pracowali razem w wojsku. On także był z nami w schronie. Ja… powiedziałem mu o tunelu.
     Skulił się w oczekiwaniu na moją reakcję.
     Żeby go nie udusić zgięłam palce na półce pod ladą. Zaciskałam je tam mocno aż pobielały mi kłykcie. Byłam tak wściekła, że moje oczy ciskały błyskawice w kierunku chłopaka.
     - Zanim cię uduszę, od powiedz mi na jedno pytanie.
     - Tak?
     - Czy ty wychowałeś się za granicą?
     - Skąd to pytanie?
     - Czy słyszałeś o jakimś, Talarianinie, który ufałby innym ludziom w takich sytuacjach?
     Nie zdążył od powiedzieć, ponieważ jeden z Arkanów wszedł do sklepu. Skuliliśmy się pod ladą. Pokazałam kompanowi na migi żeby się stąd nie ruszał. Miałam nadzieję, że tym razem posłucha. Gdy wróg pochylił się nad rozkładającym się ciałem szewca skoczyłam na niego z mieczem w ręku i podcięłam mu nogi. Zaskoczony, uderzył o ziemię głową. Przystawiłam mu ostrze do gardła chcąc by się nie ruszał, żebym mogła się dowiedzieć ilu jego ludzi wie o tunelu. Niestety stracił przytomność.
     - Zostań z nim i pilnuj go. Lepiej tym razem mnie posłuchaj, jeśli chcesz żyć. – rzuciłam chłopakowi, wychodząc ostrożnie z budynku. Jeden z dwóch pozostałych Arkanów pilnował wejścia. Wyszłam z cienia – z mieczem schowanym za plecami i udawanym strachem – a mężczyzna podniósł się z ziemi i wyjął szablę z pochwy.
     - Kim jesteś? – spytał z charakterystycznym dla Arkanów akcentem. – I co tutaj robisz?
     Podszedł bliżej, pewny już, że nic mu nie zrobię. Przeczesał dłonią ciemne włosy. Czas na atak.
Wyjęłam schowany miecz i zaatakowałam. Typek od razu zmiarkował, o co chodzi i odparł atak. Teraz to on atakował, a ja się broniłam. Ale jego natarcia były dość słabe. Oczywiście mogła być to przykrywka. Taka, jaką używałam.
     Za moimi plecami trzeci Arkanin krzyczał coś w obcym języku. Słyszałam jak zbliża się w naszym kierunku. Prawdopodobnie nie mówił po naszemu. Muszę przesłuchać tylko jednego.
Mężczyźni napierali ze wszystkich stron, z mojej twarzy powoli zaczynał spływać pot. Kopnęłam przyjaciela Derila w brzuch aż zatoczył się z bólu i upuścił miecz. Drugi uniósł szablę do góry, więc schyliłam się, wyciągnęłam ukryty w bucie sztylet Sai (dodatkowo przechowywany w pochwie, wypełnionym wcześniej niezwykle trującym jeden żaby) i wbiłam mu w bok. Facet zaskoczony jęknął z bólem w oczach i zatoczywszy się, padł na twarz. Wokół niego zaczęła się tworzyć plama czerwonej posoki. Brunet sięgał po miecz nadal skrzywiony. Podbiegłam i przycisnęłam mu kark do ziemi. Usiadłam na nim.
     - Ilu z was wie o tunelach?! – krzyknęłam. Musiałam poluźnić trochę ucisk żeby mógł mówić i oddychać.      Próbował się wyrwać, ale ja przystawiłam mu zakrwawione ostrze do gardła. Nie chciał mówić. Ja się odezwałam. – Ten sztylet jest nasączony jadem żaby. Albo powiesz mi, co wiesz o tunelach albo go posmakujesz. Co wolisz? Wybieraj. Twój czas się kończy – nadal nie chciał mówić. Zaczynałam się niecierpliwić. – Jeszcze mogę porozmawiać z twoim kompanem – syczałam zza zaciśniętych zębów.   Uderzyłam jego głową o ziemię.
     Znowu jęknął.
     - Przestań! Wiemy tylko my trzej!
     - Na prawdę? I nie zostawiliście nikogo na straży?
     Spojrzał na mnie przerażony. – Przysięgam! Przyszedł taki jeden i mówi, że mam się śpieszyć i iść za nim.      Nie miałem czasu, ledwo udało mi się znaleźć dwóch Arkanów.
     - Przejęli bunkier, prawda? Mów!
     Mężczyzna wytrzeszczył oczy, czułam pod palcami jego przyśpieszający puls. Mocniej przycisnęłam sztylet do jego krtani.
     Brunet kiwnął lekko głową nie mogąc wydusić ni słowa.
     - Wiedziałam. – zaklnęłam. – Co chcecie zrobić z tymi ludźmi? Zabić?
     Milczał. Przybliżyłam zmrużone oczy do jego twarzy, przerażając go jeszcze bardziej. Sai przesunęłam po jego skórze – wszystkimi trzema końcami – po brodzie, ustach, zatrzymując środkowy koniec sztyletu nad nosem, także pozostałe dwa końce sztyletu majaczyły mu przed  oczyma. – Jedno pchnięcie – szepnęłam – i po tobie.
     Brunet spróbował przełknąć, ale nie pozwoliłam mu i się oślinił.
     - Oni.. oni n-nie żyją. – Wyjąkał. - Już... z-za p-późno.
     Krew zamarzła mi w żyłach, a potem zaczęła w nich krążyć kilkakrotnie razy szybciej i napłynęła mi do twarzy oraz zaszumiała w uszach. Zapanowała tak przerażająca cisza, że po plecach przeszły mi ciarki.
     - To za zdradę kraju, popaprańcu! – Wrzasnęłam na Bruneta i przejechałam mu sztyletem po szyi i wytarłam ostrze o jego rękaw, a następnie wsadziłam go z powrotem do buta. Spojrzałam jeszcze raz, z odrazą, na bruneta i krew sklejającą jego włosy. Może byłam dobrą wojowniczką, lecz na widok krwi zawsze odwracałam wzrok i powstrzymywałam mdłości. Jednak nie mogłam zostawić ciał tak na środku ulicy. Zatykając nos (zapach krwi zawsze mnie odrzucał) złapałam go pod pachy i zaciągnęłam za róg wrzucając do jakiegoś budynku. To samo zrobiłam z drugim. Gdy skończyłam oparłam dłonie o kolana. Po pierwsze, dlatego, iż znów miałam ochotę zwymiotować przez nowy ślad z czerwonej posoki ciągnący się od miejsca walki do budynku, przy którym stałam, a po drugie, ponieważ te ciała były strasznie ciężkie. Przez chwilę zastanawiałam się wcześniej czy poprosić tego idiotę o pomoc, ale odrzuciłam tę opcję. Spojrzałam na siebie i jęknęłam. Wełniany sweter, który miałam na sobie cały był ubrudzony krwią. Super, pomyślałam, teraz już w ogóle nie będę mogła oddychać. Zdjęłam płaszcz, przerzuciłam golf tak, że teraz plama była na plecach. Powinnam wrócić do kryjówki.
     Kiedy jeszcze lekko dysząc weszłam do budynku, w którym był mój kompan, zastałam go stojącego nad ciałem trzeciego Arkana. Jego skrzywiona mina zaniepokoiła mnie.
     - Co jest? – spytałam zwalniając.
     - Obudził się – szepnął. Wtedy dostrzegłam krew na rękach chłopaka. Zabił go…
     - Pierwszy raz zabiłeś człowieka?
     Skinął głową. Patrzyłam jak jego zbladła twarz zmienia kolor na zielony. Niespodziewanie chłopak złapał się za brzuch, obrócił plecami do mnie i pochyliwszy się zwymiotował.
     Zbliżyłam się do ciała nieprzyjaciela i zdarłam z niego kawałek tkaniny. Przy okazji zauważyłam rozcięcie na jego czole i sączącą się, tworzącą kałużę, krew. Podałam szmatę kompanowi. Po chwili wyprostował się. Był trochę blady, trochę zielony. Oczy miał mokre i szeroko otwarte.
     Wiedziałam jak to jest. Najlepszym sposobem żeby nad tym nie myśleć jest odwrócenie uwagi.
     - Gdzie ukryli się moi bracia? Musimy ruszać – starałam się być delikatna acz stanowcza. Niestety moją wadą było to, iż nie potrafiłam dogadywać się z ludźmi. I niestety w moim słowniku brakowało pojęcia „być taktownym”.
     - Tak, chodźmy. Nie mogę już tu tak stać – wzdrygnął się i potrząsnął głową.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. A potem spoważniałam.

     - Prowadź.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz